Nie jest dobrze, malutka jest chora. Przez pierwszych 8 miesięcy życia miała jeden raz delikatny katarek, a jak wróciłam do pracy to zaczął się silny katar, a do tego doszedł kaszel. W niedzielę myślałam, że całe to przeziębienie "rozejdzie się po kościach". Niestety:( Wczoraj lekarz przepisał nam różne kropelki i syropy, ale na razie tylko katarek mniejszy, a kaszel gorszy:( Męczy ją w nocy:( Jak po 3 dniach nie będzie lepiej, wracamy do lekarza.
- wróciłam do pracy i zostawiłam dziecko z opiekunką czyli jestem złą matką,
- wróciłam do pracy i mała się rozchorowała czyli jestem złą matką,
- pracuję i zostawiam chore dziecko czyli jestem złą matką,
- chcę chodzić do pracy czyli jestem złą matką,
- może "przyniosłam" jakiś wirus z pracy do domu i zaraziłam maleńką czyli jestem złą matką...
Myślę, że mogłabym tak długo wymieniać. Postawię tutaj wyraźne STOP, ale...
Czy kiedykolwiek pozbędę się tego poczucia bezwględnej odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje z moim dzieckiem?
Czy kobietom udaje się znaleźć spokój i oddzielić zewnętrzne czynniki, które mają wpływ na nasze dzieci od poszukiwania przyczyn w sobie?
Zachęcam Was do dzielenia się swoimi przemyślaniami i doświadczeniami. Czekam na komentarze:)
Przepraszam, ale to będzie niestety męski wywód.
OdpowiedzUsuńNie powinnaś zastanawiać się nad tym czy choroba jest reakcją na Twoje pójście do pracy. Jedynie mogłaś coś przynieść, ale równie dobrze mogłaś coś przynieść ze spożywczego. Dzieci chorują i będą chorować. Na potwierdzenie tej teorii podam przykład, że moja córka jest obecnie chora mimo, że żona jest na macierzyńskim i siedzi z małą non-stop.
W ogóle nie poddawaj się tej presji wywieranej na matki, bo na miłość boską, matki to też ludzie. Mają mózg, swoje ambicje i potrzeby, w tym zawodowe. Mimo, że w większości przypadków otoczenie jest w stanie je stłumić. Dla mnie nie ma nic gorszego niż niepracująca kobieta, czy mężczyzna - whatever.
Po pewnym czasie taki człowiek zachowuje się jak granatem oderwany od rzeczywistości. Nie ma z nim o czym pogadać, a horyzonty myślowe da się wcisnąć gdzieś w szczelinę między nogą, a pieluszką dziecka. I to prowadzi do różnic między partnerami i w konsekwencji nie wychodzi na korzyść dziecka.
Jestem w stanie sobie wyobrazić jak łatwo popaść w poczucie winy i może to frazes, ale szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko, dlatego rób to co uważasz za najlepsze dla swojego dziecka i niekoniecznie musi to być bezwzględne poświęcenie.
Trzymam kciuki!
Piter! Bardzo dziękuję za Twój komentarz i trzymanie kciuków:-) Twoja wypowiedź jest bardzo cenna i dlatego postanowiłam się do niej odnieść w dzisiejszym poście. Szczegóły po wykąpaniu malutkiej. Pozdrawiam!
Usuń