poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Klątwa?

Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy na naszej małej rodzinie ciąży klątwa. Od lutego czyli odkąd wróciłam do pracy wciąż zaskakują nas różne wydarzenia, które wymagają organizacji naszego życia lub reorganizaji dotychczasowego trybu, szukania nowych rozwiązań... Po kolei:
  • wypadek mojego Męża;
  • rozcięcie głowy przez Malutką;
  • problemy w pracy, które pojawiły się ostatnio.
Najnowszy problem jest taki, że nasza opiekunka złamała rękę i przynajmniej do końca sierpnia jest unieruchomiona, w gipsie. Zakładam, że potem potrzebna będzie rehabilitacja, więc we wrześniu też może być nieobecna.

Po raz kolejny w tym roku stanęliśmy przed faktem dokonanym - jak sobie poradzić bez opiekunki, nie rezygnując z pracy. Pomysł pierwszy upadł dość szybko - nie udało nam się zatrudnić nikogo na zastępstwo. Nie chciałam szukać przez "nianiowe" portale, bo jednak nie wyobrażam sobie wpuszczenia do domu obcej osoby i powierzenia jej mojego dziecka. Poszukiwanie przez znajomych nie przyniosło efektu, bo nawet jeśli ktoś mógł kogoś polecić, to akurat ta osoba obecnie ma zajęcie. Kolejny pomysł przyszedł nam do głowy dość szybko - zdecydowaliśmy się oddać Malutką do przedszkola, do BuzzyBee. Nigdy nie podjęlibyśmy tej decyzji, gdyby nie fakt, że przedszkole prowadzi nasza koleżanka i ma tzw. grupę żłobkową. Przedszkole mieści się w miarę niedaleko nas, a grupa żłobkowa razem z naszą Małą liczy w sumie trójkę dzieciaczków. Duża willa z ogrodem na skraju Lasu Kabackiego, z dala od zgiełku miasta.

Wczoraj był pierwszy dzień. Mój Mąż zawiózł dziś Maleńką na 10.00 do przedszkola, a ja ją odebrałam. Oboje bardzo to przeżyliśmy... M. stał za płotem, chowając się za drzewem i obserwując, czy na pewno może Małą zostawić. W ciągu dnia zrobił sobie jeszcze wycieczkę rowerową pod przedszkole - tak na wszelki wypadek:) Ja jechałam o 15.00 do przedszkola z bijącym sercem , zastanawiając się, jak przywita mnie Maleńka. Uznałam, że jej reakcja dużo mi powie na temat tego, czy się zaadaptowała. Weszłam na teren przedszkola i zobaczyłam ją wśród dzieci. Ona również mnie zauważyła, podbiegła, uśmiechnęła się, pokazała na zabawki w ogródku i ... pobiegła bawić się dalej. Bez rozpaczy, przylgnięcia do moich nóg itp. Odetchnęłam. Okazało się, że Mała zaadaptowała się świetnie - i na to faktycznie liczyłam, bo widzę, jak lgnie do dzieci na placu zabaw. Kolejny sprawdzian dziś - czy da się mojemu M. zostawić w przedszkolu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz