wtorek, 23 kwietnia 2013

Ku dobremu?

Hmmm... Nie chciałabym zapeszyć, ale wygląda na to, że powoli nasze sprawy zaczynają się prostować. Mój Mąż miał we wtorek operację i czuje się dobrze.

Nie obyło się jednak bez dodatkowego stresu. Do szpitala wiozłam mojego Męża z przekonaniem, że operacja to pewna sprawa. W końcu czekał na nią dwa miesiące - dwa miesiące unieruchomienia górnej połowy ciała, bez możliwości wzięcia na ręce i przytulenia Malutkiej (nie wspominając o przewinięciu, przebraniu itp.). Na oddziale okazało się, że dopiero sprawdzą, czy to już jest dobry moment. Rozumiem wskazania medyczne - że trzeba się upewnić, czy wszystko jest w porządku, bo za wcześnie przeprowadzony zabieg zniweczy również efekty pierwszej operacji (czyli opisane powyżej dwa miesiące pójdą na marne). Dlaczego jednak nikt w naszej służbie zdrowia nie rozmawia z pacjentem? Dlaczego nie poświęci 3 minut, aby wyjaśnić, co jest już zrobione, a co będzie dalej? Praktycznie przy każdej wizycie lekarskiej okazywało się, że to, o czym powiedziano nam poprzednio było tylko jedną z opcji. 

Na chwilę obecną nie ma sensu już tego roztrząsać. Skupiam się na trzymaniu kciuków, aby zabieg się udał. Dziś i jutro powinno się to rozstrzygnąć.

A ja jako niedobra żona nie odwiedzam mojego Męża w szpitalu. Co prawda tak się umówiliśmy - ja po pracy wracam do Małej i utrzymujemy jedynie kontakt telefoniczny. Nie bardzo sobie wyobrażam, aby nie widzieć Malutkiej przez cały dzień. Teraz - kiedy jest tak bardzo aktywna  w ciągu dnia - idzie spać godzinę wcześniej niż dotychczas (ostatnio ok. 19.30). Poznawanie świata jest bardzo wyczerpujące:) Poza tym Mała zrezygnowała z drugiej drzemki w ciągu dnia. Obawiam się jednak, że ta tęsknota jest jednostronna - to ja potrzebuję kontaktu z Malutką, ona w ciągu dnia za mną raczej nie tęskni. U takich dzieci sprawdza się zasada "co z oczu, to z serca". Gdy już jestem w domu nie odstępuje mnie na krok, jak mały szczeniaczek najchętniej byłaby caly czas przy moich nogach. Z drugiej strony to bardzo dobrze, bo świadomość, że moje dziecko rozpacza za mną - byłaby nie do zniesienia. Na razie wizja, że w domu czeka mały, śmieszny człowieczek jest bardzo mobilizująca, aby wykonać swoją pracę jak najszybciej i iść do tej istotki...

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Odkrywamy świat

W niedawno opublikowanym poście pisałam, że Malutka jest już mocno absorbująca: wstaje, ściąga rzeczy ze stolika itp. Nauczyła się również wstawać nie tylko przy meblach, ale także przy powierzchniach całkowicie płaskich (np. ściana) i zaczęła "chodzić" (czytaj: czołgać albo raczkować) do kuchni. I często robi to również wtedy, gdy mnie tam nie ma. Próby przywołania jej z powrotem do pokoju mają efekt odwrotny - gdy orientuje się, że chcę ją zniechęcić do wycieczki w kierunku kuchni, gwałtownie przyspiesza.

A kuchnia jest pomieszczeniem, gdzie obecnie identyfikuję kilka niebezpiecznych obszarów:

1) psia miska - zarówno ta z wodą (praktycznie zawsze pełna), jak i ta z psim jedzeniem (tutaj bywa różnie) stanowi wyjątkową atrakcję. Na chwilę obecną więszksze zainteresowanie wzbudza ta pełna wody. Suchej karmy jeszcze nie próbowała:) Ilekroć pojawia się przy misce z wodą, a ja mówię jej "no, no, no", osiągam efekt odwrotny do zamierzonego - mały paluszek wędruje w kierunku miski i cofa się nieznacznie, gdy słyszy mój głos.

2) piekarnik - z nie wiadomych powodów Małej bardzo podoba się ten sprzęt. Niebezpieczeństwo pojawia się, gdy akurat coś się w nim piecze. Szyba nie jest bardzo gorąca (sprawdzałam), ale nigdy nie wiadomo, kiedy się nagrzeje na tyle, aby zrobić Małej krzywdę. Dodatkową aktrakcję stanowi wyświetlacz i  przyciski, którymi ustawia się rózne opcej tego sprzetu.

3) posadzka - sama w sobie nie stanowi zagrożenia. Obawiam się momentu, gdy Mała uderzy w nią główką. Wstaje już praktycznie przy wszystkim, więc potencjalnie w kuchni też może się przewrócić, a ja nie zdąże jej złapać.

Rozważam, czy i w jakim zakresie powinnam ograniczać mojego małego odkrywcę:) Na razie mniej na tym odkrywaniu świata cierpi Malutka, bardziej - moje nerwy. Zastanawiam się, ile to jeszcze potrwa oraz jak długo będę przeżywać każdy upadek lub potknięcie. I kiedy to minie... Bardziej doświadczeni rodzice (tzn. posiadające więcej niż jedno dziecko) twierdzą, że przy drugim... :)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Wreszcie słońce...

Wczorajsze przedpołudnie świetne mi zrobiło. Mnóstwo słońca, długi spacer z Mężem i Małą, po drodze kawa ze znajomymi i ... świadomość, że nic nie muszę... Udało mi się odgonić od siebie wszystkie myśli pt. ile sprawozdań finansowych jest jeszcze do przygotowania w pracy, że 22.04 M. idzie na drugą operację, jak sobie poradzimy, gdy Mąż będzie w szpitalu, a babcia wyjedzie... Na obiad byliśmy zaproszeni do moich rodziców, więc ominęło mnie także myślenie o tym, co zrobić na obiad. Malutka miała dobry humor (i wczoraj, i dziś), a jej śmiech działa na mnie jak lekarstwo - na wszystkie zmartwienia, troski i gorsze samopoczucie naprawdę wystarczy uśmiech dziecka. Brzmi pompatycznie? Myślę, że większość rodziców się ze mną zgodzi.

Prawda jest taka, że od myślenia w każdej wolnej chwili o tym, co jeszcze jest do zrobienia ilość sprawozdań finansowych do zrobienia się nie zmniejszy, a zagadnień, które muszę ogarnąć też nie ubędzie. A chwila zapomnienia o tym wszystkim dobrze robi. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak ważny jest taki restart. 

środa, 3 kwietnia 2013

!!!

Wczoraj mój Mąż był na konsultacji, która miała na celu ustalenie terminu drugiej operacji... Ta operacja powinna przynajmniej częściowo (jeśli  nie całkowicie) uwolnić rękę. Operacja została wyznaczona - ale dopiero na 22.04. :( Miesiąc temu, gdy M. trafił do szpitala mówiono nam, że kolejna operacja będzie 3, max. 4 tygodnie później. Jak się okazało teraz - będzie to trwać prawie 2 miesiące!!!

A babcia Męża, która teraz przyjeżdża rano i zajmuje się Małą do czasu przyjścia opiekunki, 19 kwietnia wyjeżdża do Niemiec - do brata mojego Męża, który z nikim nie konsultował tej kwestii, tylko zamówił babci bilety. Typowy dla niego egoizm - jego żona ma jakąś konferencję i babcia jest potrzebna do pomocy przy ich synku, który chodzi do żłobka. A dopóki nie poszedł dom żłobka praktycznie cały czas był z nimi ktoś z rodziny - naszej lub bratowej mojego Męża. I ja rozumiem, że oni potrzebują pomocy, bo są tam sami, bez rodziny itp. My sobie poradzimy, bo zawsze sobie radzimy nie oglądając się na innych (tyle, że my płacimy komuś za pomoc, a oni mają niestety szkocką mentalność). Ale miło byłoby chociaż się dać nam znać wcześniej, a nie stawiać przed faktem dokonanym. Niestety przyzwyczailiśmy nasze rodziny, że zawsze staramy się być samodzielni i niezależni, dawać sobie radę... I to się nam właśnie teraz na nas mści...


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wstaję i chodzę

Nadszedł czas, przed którym nas ostrzegali dzieciaci znajomi - Malutka jest mobilna "w pionie". Tzn. nauczyła się wstawać i poruszać przy meblach, a trwa to już mniej więcej od miesiąca. Oczywiście najpierw ledwo się wdrapywała i stała na chwiejnych nóżkach jak mały pijaczek. Teraz ledwo zdążę się odwrócić, aby np. odebrać telefon, a już stoi i chodzi wokół stolika przy kanapach. Wszystko co na nim leży ściąga na podłogę, kwitując to krótkim "dia!" (jej wersja naszego "bach!"). Czytałam, iż nie jest to z jej strony żadna złośliwość, że oczyszcza nam stolik i półki będące na jej poziomie, z jedynie fascynacja faktem, że coś można zrzucić. Tak maluchy poznają świat. A że rodzice mają na to inny pogląd i wolą, jak rzeczy są ułożone zamiast walać się po podłodze - no cóż... Na jakiś czas trzeba zmienić nawyki:-)

Rozwój malutkiej odbił się jednak na sposobie spędzania z nią czasu - a konkretnie tych kilku godzin, które mam dla niej po powrocie z pracy. Dotychczas bawiła się na podłodze, pełzała itp. Atrakcją dla niej było usadzenie w jej krzesełku i obserwacja, jak gotuję lub obserwacja innych domowych czynności z poziomu podłogi. Obecnie nudzi się w jednym miejscu, bez możliwości poruszania (czytaj: wstawania). Moment od mojego powrotu z pracy do chwili położenia jej spać to nieustanna kontrola, czy się nie przewraca (małe omsknięcie nie jest dramatem, gorzej jak upada i celuje główką w podłogę), nie ściąga sobie nic niebezpiecznego na głowę itd. Zabawki nie są już tak atrakcyjne niż kiedyś - fajniejsze jest wszystko, co "dorosłe". Większość prac domowych jestem zmuszona odłożyć na czas po położeniu Małej spać - a że sama jestem mocno śpiąca, bo wstaję bardzo rano, aby wcześnie być w pracy i wyrobić się z pracą, jest coraz trudniej... Nie żebym się nie cieszyła, że taki dzielny z niej odkrywca, ale czasme mogłaby posiedzieć chwilkę w jednym miejscu:)