niedziela, 12 maja 2013

Jaka ze mnie matka?

Jestem złą matką... Po raz kolejny dochodzę do punktu, w którym zaczynam się zastanawiać, czy proporcje pomiędzy czasem poświęcanym na dziecko, dom, pracę są właściwe. I pierwszy werdykt jest oczywisty - nie. Praca mnie pochłania, zajmuje więcej czasu niż standardowe 8 godzin. Wracam zmęczona, nieodporna na marudzenie Malutkiej, z głową wypełniona listą rzeczy, których nie dokończyłam.

W związku z czasową (wciąż trwającą:)) niedyspozycją mojego męża wciąż muszę prosić kogoś o pomoc - opiekunka przychodzi na 8 godzin, a ja w tym czasie nie wykonam czynności "dojazd do pracy-praca-powrót". A nie jest łatwo prosić, gdy wiesz, że wpływasz na czyjeś plany. Wysłuchiwanie, że "mam tyle i tyle do zrobienia, to i tamto do załatwienia, ale dobrze - przyjadę, jeśli potrzebujesz" nie jest łatwe. Jestem od lat przyzwyczajona do samodzielności i samowystarczalności i nie znoszę tego dobrze. Ale trzeba zagryźć zęby, wysłuchać i podziękować... W sytuacji, w której się znalazłam mocno podłamuje to wszystko moja psychikę.

Bardzo pomaga mi osoba, którą jeszcze przed urodzeniem Malutkiej typowałam jako kogoś, na kogo nie możemy liczyć, a mianowicie moja teściowa. Dwa, trzy razy w tygodniu przyjeżdża do nas popołudniu, aby zwolnić opiekunkę i zająć się Małą tak, abym zdążyła wrócić w miarę spokojnie z pracy. Radzi sobie całkiem nieźle. Ostatnio w rozmowie z moim Mężem stwierdziłam, że nawet jeżeli byłoby gorzej niż mówi i np. Maluch płakałby jej przez cały czas - trudno, ja tego nie słyszę i nie muszę sobie z tym radzić. Zabawienie jej w tym momencie to zmartwienie teściowej, a nie moje... Z czego wprost można dowodzić, że tan brak czułości i empatii świadczy o tym, iż jednak  jestem złą matką...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz