wtorek, 16 lipca 2013

Do wesela się zagoi...

Już dawno pisałam, że postęp w fizycznym rozwoju Malutkiej (tj. wstawanie, chodzenie, bieganie...) kosztuje mnie sporo nerwów... Tym razem brakuje mi skali, aby opisać mój poziom zdenerwowania w zeszły wtorek. Około 8.30 odebrałam telefon od mojego Męża, już sama pora wydała mi się dziwna - zwykle o tej porze nie dzwoni. Jego głos był również bardzo poważny... Krótko zakomunikował, że Mała rozbiła sobie głowę i zapytał, co poza tym, co już jest spakowane (tu wymienił kilka rzeczy...) może jeszcze potrzebować w szpitalu. Pierwsze, co mi się cisnęło na usta to: jak?, gdzie?, dlaczego?, jaka rana?, czy Maleńka jest przytomna? Muszę przyznać, że opanowanie moje Męża jest godne najwyższej pochwały. Aby nie przedłużać, uspokoił mnie szybko i uciął moje pytania; spakował Małą i wyruszyli do szpitala. Ponieważ dyżur pediatryczny pełniła placówka przy ul. Działdowskiej, zabrali mnie po drodze (moje biuro mieści się niedaleko).

Na miejscu okazało się, że można "skleić" ranę plasterkami lub zszyć. Plasterki wg lekarza, który zajmował się Malutką, niosą ze sobą ryzyko, że rana się "rozejdzie" i brzydko zrośnie. Stanęło na szyciu, co było bardziej skomplikowanym zabiegiem niż przylepianie plastrów. I zaczął się mój mały koszmar. Maleńka nie bardzo rozumiała, dlaczego trzymają ją dwie osoby, kolejna szyje jej czółko, ma zakrytą twarz itp. A to wszystko za zgodą rodziców... Krzyczała wciąż "dada, dada, dada...!" (mówi tak na mnie). Myślałam, że pęknie mi serce. Rozum się wyłącza w takich sytuacjach. Zaciskałam ręce i czekałam aż skończą. Chciało mi się płakać. Na szczęście poza tym z Malutką było wszystko w porządku, żadnych objawów poważnego urazu głowy.

Kolejnym powodem mojej rozpaczy był fakt, że zamiast wracać z Małą do domu, musiałam wrócić do biura. Szef poprosił mnie, żebym przyjechała z powrotem do biura, ponieważ miało się odbyć spotkanie z ważnym, potencjalnym klientem, którego moja firma chciała pozyskać. Wróciłam do firmy, ale wcześniej musiałam pochodzić chwilę w zieleni i wypłakać całe nerwy i bezsilność, jaką czułam w szpitalu. Zgadzam się z moją przyjaciółką z pracy, która twierdzi, że w takiej sytuacji człowiek podłożyłby się zamiast dziecka. Drugim ciężkim momentem okazało się wejście do biura - poszłam do szefa i powiedziałam, że wróciłam. Rzucił krótkie "ok" z nad monitora, nie odrywając oczu od komputera. Zrobiło mi się niezmiernie przykro - wróciłam, bo powiedział, że "dobrze byłoby, abyś pojawiła się na  spotkaniu". Liczyłam, że usłyszę: co z Małą; doceniam, że wróciłaś... Zaczęłam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, bo za dużo oczekuję od szefa, który zawsze w pierwszej kolejności będzie tylko moim szefem, a nie kolegą czy z nim? Czy może czas na zmianę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz