wtorek, 28 maja 2013

Pierwszy wyjazd w sezonie wiosna/lato 2013

Ufff... Zdecydowałam się "zaszaleć" - mimo, że sezon sprawozdań finansowych w pełni - i na piątek wzięłam urlop. Nie ukrywam, że pomógł fakt, iż moja firma zmienia w ten nadchodzący długi weekend siedzibę i szansa, aby IT przeniosło nasze zasoby sieciowe, podłączyło serwery itp. bez kłopotów i przerwy w dostępach jest niskie. Kilka gotowych SF pojedzie ze mną Mazury w wersji papierowej, do zczytania.

Bo właśnie na Mazury się wybieramy, na działkę do moich rodziców. Na razie w babska ekipa: Mała, moja mama, ja i nasze psice:) Mój Mąż pracuje, a tata będzie mógł dojechać dopiero w piątek. Dochodzę do wniosku, że każdy wyjazd z dzieckiem to jak wyprawa na wojnę. Bierzemy wszystko - chociaż jedziemy do siebie. Z drugiej strony to nasz pierwszy po zimie wyjazd na Mazury, więc duża część rzeczy, którą zawiozę teraz zostanie do końca sezonu, a niektóre, jak np. zabawki, pewnie na kilka najbliższych lat.

Oby tylko pogoda dopisała, bo siedzenie w domu... Ten jest słabiej dogrzany niż mieszkanie w Warszawie, bo otwierany tylko na weekendy, a poza tym - no cóż jak pokazała ostatnia aura nawet takie małe dzieci w czasie deszczu się nudzą. Nie wymagam 30 st. upałów, ale byłoby miło, gdyby przynajmniej nie padało, bo wtedy mogłabym pojechać i coś Malutkiej pokazać. Myślę, że już trochę atrakcji dla roczniaka można znaleźć. W miarę niedaleko są Zwierzęta Eulalii czy Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, a myślę, że w Olsztynie znajdzie się jakieś centrum zabaw dla dzieci. Traktuję to jednak jako opcję rezerwową i trzymam kciuki za piękną pogodę, która pozwoli m.in. na inaugurację dmuchanego baseniku, który Mała dostała na 1. urodziny.

poniedziałek, 27 maja 2013

Ciągle pada...

Aura ostateniego piątku nie nastrajała optymistycznie... Deszcz, który zaczął się rano, padał do tej wieczora. Wracałam do domu z pracy myśląc intensywnie, czy woda, która mi chlupie w butach wyleje się zanim wysiądę z metra i jak sposób spędzenia tego popołudnia i wieczoru zaproponuje Malutkiej. Zwyczajowy spacer połączony z placem zabaw raczej odpadał. Wysiadając na moje stacji dostałam sms-a - koleżanka zaproponowała spotkanie. Na miejscu okazało się, że oprócz jej dzieciaków (dwie dziewczynki - 4 lata i 15 miesięcy) jest jeszcze piątka innych! Oprócz mnie zaprosiła trzy swoje "dzieciate" sąsiadki. Maleńka była najmłodsza i - co za tym idzie - najmniej mobilna. Ale odnalazła się świetnie... 

Od pewnego czasu zauważyłam, że interesują ją inne dzieci: cieszy się, gdy je widzi na placu zabaw, popiskuje w wózku, gdy inne dziecko ją mija. Niestety jest dzieckiem chowanym wśród dorosłych, w najbliższej rodzinie nie ma żadnych dzieci. Staram się ją socjalizować właśnie przez wychodzenie na plac zabaw, szukałam również zajęć w klubikach dla takich maluszków (większość oferuje tylko przygotowanie przedszkolne dla dzieciaków powyżej 2 lat). Nie będę tutaj piać, że chciałaby się z innymi dzieciaczkami pobawić - traktuje je raczej jako ciekawy obiekt do obserwacji i współfunkcjonowania. I jest zjawisko całkiem normalne dla takich roczniaków jak ona. Mam jednak nadzieję, że z czasem to zainteresowanie przerodzi się w chęć zabawy z rówieśnikami. 

Na szczęście nie były jej straszne krzyki 4-6 latków, które biegały po całym domu wrzeszcząc i tupiąc. Plątała się między nimi jak mały szczeniaczek, podchodząc do jakiś czas do porzuconych przez nich zabawek. A mama? Mama siedziała z innymi mamami, skubiąc przekąski przygotowane przez gospodynię i rozmawiając... no właśnie - o niczym istotnym. O przedszkolach w naszej dzielnicy, innych dzieciach, znajomych znajomych itp. I mimo, że całą sobą odżegnuję się od bycia mamuśką, której celem życia stało się bycie matką i która uważa, że należy się jej szacunek za przedłużanie gatunku ludzkiego i produkowanie pokolenia, które zarobi na nasze emerytury... - muszę przyznać, że takie popołudnie po całym tygodniu ciężkiej, koncepcyjnej pracy i zastanawiania się, czy sprawy domowe są jako-tako ogarnięte, świetnie mi zrobiło. Reset!

piątek, 17 maja 2013

Coś optymistycznego

Postanowiłam skupić się na sprawach przyjemniejszych niż rozważanie, czy jestem dobrą matką i przeciwstawić się złym nastrojom, które mnie ostatnio prześladują. 

We wtorek Malutka kończy roczek. Nie wiem, kiedy to minęło. Jeszcze rok temu chodziłam z wielkim brzuchem... W związku z tym jutro robimy przyjęcie dla najbliższych. Aby nadać odpowiednią oprawę temu wydarzeniu i pokreślić charakter całej imprezy, a także - nie będę tego ukrywać - ułatwić sobie trochę przygotowania i końcowe sprzątanie, sięgałam po papierowo-plastikową zastawę. Uznałam, że raz w życiu dziecko kończy rok i chociaż nie będzie nic pamiętać z przyjęcia, niech chociaż później na zdjęciach zobaczy, że całość dekoracji była zrobiona dla niej.

Jak szalona mamuśka przekopałam się przez strony www oferujące różnego rodzaju tematyczne akcesoria. Kolor wiodący - różowy! W końcu to dziewczynka, a co! Papierowe talerzyki, plastikowe sztućce i kubeczki, jednorazowe foliowe obrusy - bez konieczności uruchomiania pralki i zmywarki. Dla zabawy - sztućce ułożone w słoiczkach po gerberkach, ozdobionych różową wstążeczką oraz balony i transparent na drzwi:)

Menu też proste. Zdecydowanie bufet, bez zasiadania przy stole. Po pierwsze - przy plus/minus 20 osobach jest to już spore wyzwanie. Po drugie - przy takim Maluchu i tak się nie nasiedzimy, bo przede wszystkim jubilatka nie usiedzi długo w jednym miejscu. Pogoda powinna dopisać, więc otworzymy salon na taras i każdy z gości będzie mógł wziąć swój talerzyk czy kubek i skorzystać ze świeżego powietrza.

Kursujemy teraz między kuchnią a salonem szykując część dań na jutro i układając nakrycia. Próbka na zdjęciu.


środa, 15 maja 2013

Czarna dziura...

Wpadłam w czarną dziurę... Myślę, że śmiało można tak nazwać ten stan... Po ciężkiej niedzieli, gdy Malutka dała popalić babci, która przyjęła zająć się nią na dwie godziny nadszedł poniedziałek... Poniedziałek = początek tygodnia; zderzenie z pracą, której nie zdążyło się zrobić w poprzednim tygodniu; nowe zagadnienia, z którymi trzeba dać sobie radę na polu zawodowym. A jeśli chodzi o niedzielę, to zaczęła się całkiem nieźle. Mała pospała do 8.30 - zwykle budzi się godzinę wcześniej. Niestety potem wymagała dużo uwagi - jest na etapie, na którym chce robić wszystko, co rodzice. Efekt jest taki, że ściąga wszystko z blatu w kuchni (co leży w zasięgu małych rączek), robi velvet z papieru toaletowego w łazienkach, domaga się mojej szczoteczki do zębów (jej nie jest tak atrakcyjna jak nasze), sięga po mydło stojące na umywalce itp. Z jednej strony jest cudna - widać, że obserwuje, analizuje (na tyle, na ile może coś przeanalizować roczny rozumek:)), naśladuje... Z drugiej strony jej "małpkowanie" dorosłych czynności powoduje, że poziom skupienia rodziców osiąga poziom 200% - trzeba zfokusować się na tym, czy nie złapie czegoś da niej niebezpiecznego, nie ściągnie sobie czegoś na głowę lub zwyczajnie czegoś nie popsuje. 

"Danie popalić" babci oznaczało, że po prostu przez późniejszą pobudkę nie chciała iść na popołudniową drzemkę, była aktywna - zwyczajnie rozregulowała sobie dzienny rytm. Niestety moja mama dość rzadko z nią zostaje i nie umiała zareagować, np. zamiast drzemki dać jej chwili na zabawę, aby się zmęczyła czy wyjść na spacer, bo kołysanie w wózku usypia większość dzieci itp. Skończyło się tym, że mama wyszła od nas z komunikatem, że nie jest już zanadto chętna na pomoc w zajmowaniu się wnuczką. 

Skumulowane emocje z niedzieli i nadchodzącego poniedziałku dały efekt w postaci ogólnej rozpaczy... Po raz pierwszy od dłuższego czasu pomyślałam, że  byłoby fajnie przez chwilę  nie mieć dziecka i wyspać się weekend, mieć czas dla siebie i mieć nad wszystkim kontrolę... Oczywiście - teraz, gdy piszę to z perspektywy mój wyrzut sumienia sięga pewnie okolic Marsa. Jak mogłam pomyśleć (nawet przez chwilkę), że nie chcę Malutkiej? Jaka ze mnie matka, jeżeli dziecko mi może przeszkadzać?

niedziela, 12 maja 2013

Jaka ze mnie matka?

Jestem złą matką... Po raz kolejny dochodzę do punktu, w którym zaczynam się zastanawiać, czy proporcje pomiędzy czasem poświęcanym na dziecko, dom, pracę są właściwe. I pierwszy werdykt jest oczywisty - nie. Praca mnie pochłania, zajmuje więcej czasu niż standardowe 8 godzin. Wracam zmęczona, nieodporna na marudzenie Malutkiej, z głową wypełniona listą rzeczy, których nie dokończyłam.

W związku z czasową (wciąż trwającą:)) niedyspozycją mojego męża wciąż muszę prosić kogoś o pomoc - opiekunka przychodzi na 8 godzin, a ja w tym czasie nie wykonam czynności "dojazd do pracy-praca-powrót". A nie jest łatwo prosić, gdy wiesz, że wpływasz na czyjeś plany. Wysłuchiwanie, że "mam tyle i tyle do zrobienia, to i tamto do załatwienia, ale dobrze - przyjadę, jeśli potrzebujesz" nie jest łatwe. Jestem od lat przyzwyczajona do samodzielności i samowystarczalności i nie znoszę tego dobrze. Ale trzeba zagryźć zęby, wysłuchać i podziękować... W sytuacji, w której się znalazłam mocno podłamuje to wszystko moja psychikę.

Bardzo pomaga mi osoba, którą jeszcze przed urodzeniem Malutkiej typowałam jako kogoś, na kogo nie możemy liczyć, a mianowicie moja teściowa. Dwa, trzy razy w tygodniu przyjeżdża do nas popołudniu, aby zwolnić opiekunkę i zająć się Małą tak, abym zdążyła wrócić w miarę spokojnie z pracy. Radzi sobie całkiem nieźle. Ostatnio w rozmowie z moim Mężem stwierdziłam, że nawet jeżeli byłoby gorzej niż mówi i np. Maluch płakałby jej przez cały czas - trudno, ja tego nie słyszę i nie muszę sobie z tym radzić. Zabawienie jej w tym momencie to zmartwienie teściowej, a nie moje... Z czego wprost można dowodzić, że tan brak czułości i empatii świadczy o tym, iż jednak  jestem złą matką...

niedziela, 5 maja 2013

Spowolnienie

Długo nie pisałam - głównie dlatego, że wciąż kursuje między pracą a domem, bez chwili wytchnienia na cokolwiek innego. Mąż wyszedł ze szpitala już na 3 dzień operacji. Czuje się dobrze, rękę ma uwolnioną. Niestety nie oznacza to, że sprawną. Poza opatrunkiem i szwami na uwolnionej dłoni, których nie można uszkodzić (a nawet mocniej dotknąć) cała ręka po dwóch miesiącach unieruchomienia jest jak kończyna po złamaniu - słaba, "zastana", z częściowym zanikiem mięśni. Czyli takie czynności jak noszenie, przewijanie, przebieranie, karmienie itp. obarczone są dużym ryzykiem. A więc wciąż nie możemy wrócić do naszego normalnego trybu - rano M. zajmuję się Malutką, na 10 opiekunka, ja w pracy ze świadomością, że nie muszę punkt 15.30 zatrzaskwiać laptopa i pędzić do domu.

Podtrzymuję to, co pisałam w ostatnim poście, że idzie ku dobremu. Ale trochę wolniej niż myślałam na początku. W najbliższą środę M. ma zdjęcie pozostałych szwów - zobaczymy, co wówczas powiedzą lekarze i jakie będą dalsze zalecenia. Z drugiej strony nie powinnam narzekać - w końcu w naszej sytuacji szklanka jest raczej do połowy pełna niż pusta. Mamy zdrowe, grzeczne (w miarę:)) dziecko, zaplecze materialne (nieco na kredyt:)), oboje zarabiamy itp. Co prawda posty na tym blogu faktycznie powstają raczej w momentach dla mnie trudniejszych, aby "oddać" to, co mnie męczy. Uwierzcie, że nie jest łatwo pracować i "matkować" w tym samym czasie. Pewnie już po raz setny podkreślam, że chciałam wrócić do pracy i nie rozważam powrotu do domu. Pomiędzy tymi trudniejszymi momentami znajdują się takie małe "promyczki", które powodują, że świat wydaje się lepszy i piękniejszy. Jeden promyczek to nasza Malutka, która - jak każde dziecko - potrafi dać popalić (tak, że czasem chcę trzasnąć drzwiami i uciec gdzieś daleko albo ją wyrzucić przez okno), ale w ogólnym rozrachunku jest cudna:) A o chęci wyrzucenia przez okno będzie w kolejnych postach...