wtorek, 26 lutego 2013

Związek kobiety pracującej

Było już o mnie i moich odczuciach, ale nie jestem niezależną jednostką - oprócz małej córeczki jest również "sprawca" czyli mój Mąż.

A jak wygląda życie małżeńskie w nowej sytuacji? Mój mąż jest cudownym człowiekiem, pełnym zrozumienia dla mnie i moich zmiennych nastrojów. Bynajmniej nie lukruję tutaj naszego życia - czasem mój partner potrzebuje dużo czasu, aby znaleźć wspomniane wyżej zrozumienie dla moich humorów, a ja w niektórych momentach myślę o nim w innych kategoriach niż "cudowny". Niemniej jednak patrząc na całokształt naszych relacji - uważam, że jesteśmy dobrą parą. I to nie dlatego, że się nigdy nie kłócimy i mamy zbieżne poglądy na każdy temat - bo zdarzają nam się mniej lub bardziej poważne sprzeczki oraz różnice zdań. Ale kluczem do dalszego funkcjonowania w związku jest to, że akceptujemy to, iż w pewnych kwestiach się różnimy i umiemy wypracować wspólne podejście - o ile to konieczne.

Mój powrót do pracy nie zmienił nic pod względem emocjonalnym w naszych relacjach. Trudniej nam za to wygospodarować fizycznie odrobinkę czasu, który moglibyśmy spędzić tylko we dwoje. Mój mąż pracuje w tzw. wolnym zawodzie - idzie na godz.11 na kolegium, ale potem kończy pracę najwcześniej o 19; zdarza się jednak, że wraca ok. północy. Ja wykonuję swoją pracę w biurze i obecnie - w gorącym okresie sprawozdań finansowych - wstaję o 5 rano, aby być w biurze o 6.30 i wyrobić się ze wszystkim (a i tak mam zaległości) do ok. 16.30 - tak, żeby wrócić spokojnie do domu i zastąpić opiekunkę. Mogłabym czasem wziąć home office, ale w pracy łatwiej mi się skupić, w domu zawsze znajdzie się coś, co oderwie mnie od pracy i obniży efektywność. Oczywiście nasz rozkład dnia ma również pozytywne strony - mąż budzi rano małą, karmi ją i spędza trochę czasu. O 10.00 przychodzi opiekunka, a mąż idzie do pracy.

Ale dla nas (tylko dla nas) miejsca w tym harmonogramie jest mało - zdarzają się dni, że nie rozmawiamy osobiście, a jedynie przez telefon. W tygodniu idę spać zaraz po Malutkiej, tj. ok. 21.00-21.30. W weekend jest niewiele lepiej... Oboje mamy poczucie, że mało nas w tym wszystkim... Mój mąż ma teorię, że jak nastanie wiosna będę mniej śpiąca, a słońce doda mi energii - oby...

piątek, 22 lutego 2013

Ręka albo noga...

Kolejny post z cyklu - "tata, a Marcin powiedział"... Tym razem zainspirowało mnie to, co powiedziała moja dobra koleżanka z pracy: mama jest jak ręka albo noga, po prostu się ją ma.

Zaczęło się od tego, że żaliłam się troszkę na to, jak Mała wita swojego tatę, gdy ten wraca do domu. Radosny pisk słyszą prawdopodobnie wszyscy sąsiedzi.  Mój powrót do domu po pierwsze najczęściej ma miejsce w porze, gdy Malutka ma popołudniową drzemkę, a po drugie - nie ma nigdy takiej entuzjastycznej reakcji. 

A serce matki troszkę boli... Rozum przyjmuje do wiadomości, że Mała wstając po swojej popołudniowej drzemce widzi mnie i nie rejestruje faktu, że nie było mnie 10 godzin. Jest mama - ok, taki jest porządek rzeczy. A tatę wita po powrocie do pracy praktycznie od urodzenia; do tego, że taty nie ma i należy się ucieszyć, że wrócił jest przyzwyczajona. To, że nie ma mnie to dla niej nowość. Z drugiej strony świetnie się w tej nowej dla niej sytuacji odnalazła, a ja powinnam się z tego cieszyć. I cieszę się, że Małej ten nowy rytm nie przeszkadza, że dobrze jej z opiekunką...

Ale przydałby się jeden malutki okrzyk radości na powitanie mamy, przynajmniej raz na jakiś czas... 

Jest też inne wytłumaczenie tych moich obserwacji - rośnie nam córeczka tatusia :) Czy wiecie coś o takim zjawisku?

środa, 20 lutego 2013

Dziecko dumne z mamy?

Ostatnio moja przyjaciółka powiedziała, że była dumna ze swojej pracującej mamy, bo mogła się pochwalić jej osiągnięciami. To mi przypomniało, że ja również byłam bardzo dumna z mojej mamy - że codziennie się ładnie ubiera, maluje, nosi buty na obcasie, jeździ własnym samochodem...

Ale ta duma pojawiła się, jak byłam w szkole podstawowej. Nigdy nie miałam poczucia krzywdy i niesprawiedliwości, że moje mama pracuje. Ale w przedszkolu trudniej było mi zrozumieć, dlaczego niektóre dzieci są odbierane około południa, przed leżakowaniem, a ja czekam do 15. I tego się obawiam - że moje Maleństwo nie będzie od początku rozumieć, iż moja realizacja służy nie tylko mi, ale również jej. Bo dzieci prędzej czy później opuszczą rodzinne gniazdo, a rodzicom musi zostać wtedy coś więcej niż tylko pustka. W sytuacji, gdy rodzic cały swój czas i energię poświęci dziecku zderzy się -  według mnie - w pewnym momencie z pustką. Z czasem dziecko będzie chciało mieć swój odrębny świat (a potem także odrębne życie), do którego rodziców będzie dopuszczać tylko w takim zakresie, w jakim samo na to pozwoli. Rodzic może dopiero wtedy zrozumieć, że poświęcił się dla kogoś, kto wbrew jego dotychczasowym przekonaniom wcale tego nie oczekiwał (bo trudno uznać, że kilkumiesięczne czy nawet kilkuletnie niesamodzielne jeszcze dzieciątko świadomie wymaga pełnej uwagi dorosłego). Ja jestem szczęśliwa, że moi rodzice mają swoją pracę, znajomych itd. - słowem: swoje życie i nie próbują ingerować w życie, które ja prowadzę z moim mężem, a teraz również z Malutką. Oczywiście są blisko, mogę z nimi w każdej chwili porozmawiać i spędzić czas, ponarzekać na męża czy pracę, wysłuchać ich narzekań, zdenerwować się, że mają trudny charakter albo marudzą - ale tylko w takim stopniu, na jaki obie strony pozwolą.

Zastanawiam się czasem, co by było gdyby moja mama nie pracowała. I obawiam się, że osaczyłaby mnie fizycznie i emocjonalnie w momencie, gdy wyprowadziłam się z domu i założyłam własną rodzinę. Lub popadła w depresję, że razem z tatą zostali sami.Moje spostrzeżenia są następujące - tak jak w każdej innej relacji również w relacji z dzieckiem trzeba zawalczyć o coś dla siebie. Tak, aby być interesującym dla drugiej strony. Tak, aby dziecko miało o czym z nami porozmawiać, gdy uniezależni się od nas. Miałam koleżankę, której mama nie pracowała i - o ile się nie mylę - nie pracuje. Koleżanka dostawała nowe, markowe ciuchy, a mama donaszała po niej to, co jej się już znudziło. Jej wyjścia w dużym stopniu ograniczały się do sklepu spożywczego, bazarku, towarzyszenia dzieciom w czasie wizyt u lekarza itp. Z jednej strony można pomyśleć - supermama, wszystko dla dziecka, odejmie sobie od ust dla potomka. Ale czy na pewno to dobra droga? Czy szara osóbka, bez makijażu, w ciuchach odpowiednich dla nastolatki (i przez nastolatkę znoszonych) to jest dobry cel? Na pewno nie mój. Mam nadzieję, że moja córeczka pojmie to w przyszłości, tak jak ja zrozumiałam, że najlepsze, co moi rodzice mogli zrobić to - poza  byciem rodzicami - pozwolić sobie na własne życie...

piątek, 15 lutego 2013

Kryzys coraz poważniejszy

Mój mały kryzys, który pojawił się w poniedziałek narasta... I nie chodzi tu o fakt, że jestem w pracy, ale o to, jak w tej pracy jest.

Najpierw kilka słów, o tym gdzie pracuję... Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, bo celem tego bloga nie jest opisywanie mojego miejsca pracy, a jedynie emocji, które towarzyszą mi jako matce po powrocie do aktywności zawodowej. Wydaje mi się jednak, że muszę trochę naświetlić tło... A więc po kolei - w mojej firmie pracuję od 5 lat, praktycznie od początku na tzw. stanowisku kierowniczym. Trafiłam do niej w idealnym wg mnie momencie - firma się rozwijała i to dość szybko, a ja razem z nią. Oczywiście ten "skok rozwojowy" [sic!] okupiony został ciężką pracą (również w nadgodzinach) i chwilami poważnego zwątpienia. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że jestem trzy stanowiska wyżej niż byłam na początku, moje wynagrodzenie wzrosło dwukrotnie, a doświadczenia zawodowego zdobyłam tyle, ile zebrałabym w innej firmie przez około 10 lat - myślę, że było warto.

Teraz jest jednak nieco inaczej. Chciałabym się dalej rozwijać, co wiąże się z dalszą intensywną pracą, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że mam malutką córeczkę, która czeka na mnie w domu. I albo poświecę czas na projekt w pracy albo pobędę z Małą. Widzę ją około 3-4 godzin dziennie, bo gdy ja wychodzę do pracy to ona jeszcze śpi. A do tego dochodzi zmęczenie, bo wstaję coraz wcześniej, żeby wyrobić się z pracą. Co jakiś czas pojawia się pytanie - czy warto?

Mój szef namówił mnie na powrót trochę wcześniej niż planowałam, bo powierzył mi tworzenie nowego działu. Początki zawsze są trudne, ale tutaj dochodzi jeszcze jeden aspekt - dział od razu dostał mnóstwo roboty, bo jest okres sporządzania sprawozdań finansowych. Niestety moja praca jest uzależniona od danych, które dostarczą mi inni. I tutaj zaczynają się problemy związane z jakością i terminowością tych danych, niestosowaniem się do wewnętrznych procedur itd. Na chwilę obecną traktuję to jako walkę z wiatrakami... Stąd właśnie pytanie, czy warto?


Czy na pewno warto tak intensywnie realizować się zawodowo? Przecież Maleńka tak szybko rośnie, czy czegoś nie przegapię? Czy droga, którą wybrałam jest dobra? Nie znam niestety odpowiedzi na to pytanie...

środa, 13 lutego 2013

Mama... !!!

Tak!

Mała powiedziała słowo "mama". Od tygodnia mniej więcej woła "tata" w różnych wydaniach - krótkie "tatatata", rozciągnięte "taaataaa" itd. A w niedzielę zaskoczyła mnie pierwszym "ma-ma". Doszło do tego również - nieco bardziej niezgrabne i mniej wyraźne - "baba" i "dada".

Oczywiście maleńka zupełnie nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia tych słów - służą jej wymiennie do określania otaczającej rzeczywistości i wyrażania emocji. Np. krzyczy "tata" za uciekającym przed nią psem (na marginesie - nasza biedna psinka jest niesamowicie cierpliwa, ale odkąd Maleńka jest mobilna ma bardzo ciężkie życie), powtarza "mamama" bawiąc się zabawkami itd. Ale i tak powoduje to wielką radość rodziców. Ciekawa jestem, jak szybko zacznie kojarzyć, że te słowa oznaczają dwie najbliższe osoby w jej otoczeniu... Jakie są Wasze doświadczenia?

poniedziałek, 11 lutego 2013

Pierwszy kryzys...

Dziś nastąpił pierwszy kryzys... Niezbyt poważny, ale jednak... Wzorem innych mam w mojej firmie, ale również z własnego wyboru ustawiłam sobie jako tapetę na pulpicie zdjęcie malutkiej. Pracuję na laptopie, ale mam podłączony również zwykły monitor - mam więc aktywne dwa ekrany. Zwykle jest tak, że zarówno na jednym jak i na drugim mam coś wyświetlone. Zdarza się jednak, że chwilowo korzystam tylko z jednego. Tak też było dzisiaj. Gdzieś w połowie dnia zapisałam excela, na którym pracowałam i ... spojrzałam prosto w oczy mojej uśmiechniętej córeczki... Nagle pojawiło się pytanie - co ja tutaj właściwie robię? I zachciało mi się płakać:(

Z drugiej strony codziennie rano wychodzę do pracy w miarę chętnie - oczywiście na tyle, na ile rano da się chętnie wychodzić:) Co prawda wymykam się sprawnie i szybko, aby nie obudzić malutkiej. Udaje mi się również w pracy nie myśleć o dziecku, tylko skupić się na zadaniach. W przeciwną stronę funkcjonuje to nieco gorzej. Trudno jest odpędzić myśli o pracy już po powrocie do domu. Wynika to głównie z faktu, że mam świadomość, ile tej pracy jest. Ale staram się poprawić. Czas po pracy do odłożenia do łóżeczka jest czasem dla maleńkiej. Owszem szykuję się w tym czasie do pracy - pakuję w pudełko lunch i inne przekąski, żeby rano tylko wyjąć je z lodówki i wrzucić do torby, planuję śniadanie, układam ubrania na następny dzień. We wszystkich tych czynnościach towarzyszy mi jednak córcia - dla niej widok mamy grzebiącej w szafie lub wchodzącej do garderoby jest niesamowitą atrakcją:) Jeszcze większą atrakcją jest wczołganie się (jeszcze nie raczkuje) do tej garderoby za mamą.

Jedno jest pewne - ten kryzys był mocno tymczasowy, dałam się chwilowo ponieść emocjom. Cały czas uważam, że decyzja o powrocie do pracy była słuszna. Oby tak dalej...

czwartek, 7 lutego 2013

Męski punkt widzenia

Wczorajszy komentarz Pitera dotyczący mojego posta pt. Nie jest dobrze... zainspirował mnie do tego, aby odpowiedzią podzielić się ze wszystkimi. Piter - jeszcze raz dziękuje za Twoją wypowiedź:)

Poniżej kilka przemyśleń:

Przede wszystkim nie uważam tego komentarza za męski punkt widzenia. Powiedziałabym raczej, że to rozsądne stanowisko. Ja też uważam, że wyjście do ludzi (czy to do pracy, czy na zajęcia z języka obcego, kurs filcowania lub naukę salsy...) powoduje, że odrywamy się od naszego małego świata jakim jest domowa codzienność i łapiemy dystans do tego, co mamy w domu. Stajemy się bardziej interesujący dla siebie, dla partnera itd., bo mamy nowe wrażenia i bodźce, którymi możemy się podzielić. Nie będę ukrywać, że dla mnie priorytetem był powrót do pracy i żadne wyjścia na siłownię, masaż, rower i spotkania ze znajomymi nie były w stanie zapełnić tej przestrzeni w mojej głowie, która odpowiada za samorealizację.

A że łatwo jako matki wpadamy w poczucie winy (a przynajmniej spora część z nas), które z jednej strony funduje nam biologia, z drugiej dość często otoczenie? Nie wiem, jakie procesy chemiczne zachodzą w mózgu kobiety, która urodziła dziecko, ale instynkt macierzyński okazuje się być wyjątkowo silnym i nie zawsze racjonalnym odczuciem. Walka z nim w obszarze racjonalności jest bardzo ciężka - przynajmniej w moim przypadku. Mimo że uważam.się za kobietę rozsądną, dojrzałą, skupioną nie tylko na dziecku, ale też na realizacji własnych celów, to jak widać na przykładzie wczorajszego posta ulegam różnym czarnym myślom.

Może ktoś z Was spytać, po co upubliczniam te moje przemyślenia, jeżeli mam świadomość, że są one na swój sposób pozbawione sensu? Po pierwsze dlatego, że "wyrzucenie" ich z głowy powoduje, że je oswajam i stają się mniej "przerażające". Jeszcze raz podreślę, że wyznaję zasadę, iż problem wyartykułowany przestaje być problemem (a na pewno traci na znaczeniu). Po drugie - mam nadzieję, że tego bloga czytają i będą czytać matki, które wracają lub planują wrócić do aktywności zawodowej, a wtedy świadomość, że inne, nawet najbardziej rozsądne i mądre kobiety też miały ten problem bardzo pomaga

Jeśli chodzi o otoczenie, to faktycznie z tym bywa różnie. Decyzję o powrocie do pracy przeżyłam bardzo i to nie dlatego, że nie chciałam, ale dlatego, że byłam bardzo zdeterminowana. Niestety w najbliższym otoczeniu (innych rodziców) nie miałam nikogo, kto by taką decyzje podjął, a większość znajomych jest jeszcze w domu z dziećmi sporo starszymi niż moja córeczka. Na szczęście znalazły się osoby bezdzietne w momencie, gdy podejmowałam tę decyzję, które wsparły mnie będąc w dalekiej Tajlandii. Moja opinia nt. niepracujących kobiet i mężczyzn jest również podobna do zdania Pitera. Z domu wyniosłam przekonanie, że powinno się pracować, aby być człowiekiem spełnionym i niezależnym. W mojej rodzinie wszystkie kobiety są aktywne zawodowo lub były - to dotyczy pokolenia babć. Stąd też pewnie moja chęć realizacji zawodowej:-) Trzymam kciuki za inne mamy:-)

środa, 6 lutego 2013

Nie jest dobrze...

Nie jest dobrze, malutka jest chora. Przez pierwszych 8 miesięcy życia miała jeden raz delikatny katarek, a jak wróciłam do pracy to zaczął się silny katar, a do tego doszedł kaszel. W niedzielę myślałam, że całe to przeziębienie "rozejdzie się po kościach". Niestety:( Wczoraj lekarz przepisał nam różne kropelki i syropy, ale na razie tylko katarek mniejszy, a kaszel gorszy:( Męczy ją w nocy:( Jak po 3 dniach nie będzie lepiej, wracamy do lekarza.

Zastanawia mnie, czy to na pewno przypadek. A może jednak ta nagła choroba ma jakiś zwiazek z tym, że wróciłam do pracy? Może maleńka podświadomie zareagowała na tę nową dla niej sytuację... Staram się nie analizować tego w tych kategoriach, żeby nie popaść w poczucie winy, bo obawiam się, że wtedy wpadnę w błędne koło:
  • wróciłam do pracy i zostawiłam dziecko z opiekunką czyli jestem złą matką,
  • wróciłam do pracy i mała się rozchorowała czyli jestem złą matką,
  • pracuję i zostawiam chore dziecko czyli jestem złą matką,
  • chcę chodzić do pracy czyli jestem złą matką,
  • może "przyniosłam" jakiś wirus z pracy do domu i zaraziłam maleńką czyli jestem złą matką...
Myślę, że mogłabym tak długo wymieniać. Postawię tutaj wyraźne STOP, ale...

Czy kiedykolwiek pozbędę się tego poczucia bezwględnej odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje z moim dzieckiem?

Czy kobietom udaje się znaleźć spokój i oddzielić zewnętrzne czynniki, które mają wpływ na nasze dzieci od poszukiwania przyczyn w sobie?

Zachęcam Was do dzielenia się swoimi przemyślaniami i doświadczeniami. Czekam na komentarze:)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Nie lubię poniedziałku

Nie lubię poniedziałku, chyba jak większość z nas. Co prawda w pracy dzień jak co dzień, ale poniedziałek to perspektywa całych 5 dni roboczych do weekendu:(

A miniony weekend nam się udał:) Uwierzyłam w teorię skoków rozwojowych, w przypadku których zgodnie z różnymi publikacjami nabycie nowych umiejętności przez dziecko jest poprzedzone krótszym lub dłuższym okresem marudzenia i niepokoju, a następnie te nowe umiejętności pojawiają się nagle (rodzice mają wrażenie, że dziecko nauczyło się ich w jedną noc). I właśnie u nas tak było. Kilka ostatnich dni malutka była właśnie nieco rozmarudzona, szczególnie popołudniami. Nawet było mi przykro, że popołudnia czyli czas, kiedy jestem z małą w domu po pracy są nie najlepsze. Przyznaję - zazdrościłam naszej opiekunce, że ona trafia na lepszy humor. Zastanawiałam się, na ile wyrodną matką jestem, bo żałuję, że po powrocie z pracy zamiast uśmiechniętego bobaska zastaję rozdartego potworka. Po mniej więcej tygodniu marudzenia mała wstała wczoraj w doskonałym nastroju, a następnie zaprezentowała nam "kosi-kosi łapci" oraz powiedziała "tata", "dada" itp. Jeśli chodzi o mówienie, to na razie "klepie" bez zrozumienia, np. "tata" mówi do swojej stopy leżąc na przewijaku:) Doszłam do wniosku, że dla takich chwil warto wstać w niedzielę przed godziną 8 rano.

Niestety wieczór był gorszy - malutka złapała katarek, który zatyka jej nosek. Zanim zidentyfikowaliśmy w stuprocentach problem i udało nam się coś zaradzić, obudziła się dzisiejszej nocy trzykrotnie pomiędzy północą a drugą w nocy:( Była umęczona, a my przy niej też. Pożegnam więc już wszystkich życząc dobrej nocy. Idę odespać, oby się udało. Jutro pobudka 6.00:(


piątek, 1 lutego 2013

Wrażenia

Już po ... Faktycznie było jak pierwszego dnia w nowej pracy, bo musiałam wymóc na informatykach zainstalowanie niezbędnego oprogramowania i niestety trochę trwało zanim ustawili wszystko tak, żebym mogła faktycznie pracować. Dodatkowo nasz główny system miał dziś zły dzień i co jakiś czas zawieszał się i wyrzucał nas z sieci. Kilkakrotne zaczynanie tej samej czynności nie wpływa dobrze na motywacje do pracy...

Jeśli chodzi o matczyne uczucia, to było zaskakująco dobrze. Nie płakałam, nie sprawdzałam nerwowo godziny w celu ustalenia, czy już czas na śniadanie, spacer, obiad itp. Skupiłam się tym, co mam do wykonania i uznałam, że skoro ani opiekunka ani mąż nie dzwonią to wszystko w porządku. Ale po wyjściu z firmy im bliżej domu, tym bardziej przyspieszałam krok. A jak wróciłam, okazało się, że malutka ma drzemkę:( Po przebudzeniu okazało się, że nieszczególnie jest stęskniona - a nie było mnie 9 godzin i wyszłam przed 8.00 czyli jeszcze przed jej pobudką. Zachowywała się tak, jakby w ogóle nie zauważyła, że mnie nie ma. Lekkie ukłucie w sercu z tego powodu jest :( Z drugiej strony prawdopodobnie faktycznie nie odczuła mojej długotrwałej nieobecności, bo u takich maluszków poczucie czasu jest odmienne od tego, jakie mają dorośli. I znów mała rozterka - cieszę się, że jest w dobrym humorze pod moją nieobecność, ale chciałabym, aby choć troszkę za mną zatęskniła. Niektórzy pomyślą: "idiotka"... Trudno, każda idiotka ma prawo do własnych odczuć.

Przed nami weekend czyli przez 2 dni 2 doby z maleńką. Chyba jakaś część mnie - mimo, że wcześniej się od tego próbowałam uwolnić - tęskni za mamusiową codziennością, wyłącznością na dziecko od porannej kaszki rano do wieczornej kąpieli... Kto mi wyjaśni te sprzeczności ...?