czwartek, 28 marca 2013

Co za wieczór

Wczorajszy wieczór dał mi w kość - myślałam, że wybuchnę albo trzasnę drzwiami i ucieknę... Mała miała gorszy humor i wszelkie próby zostawienia jej bawiącej się z Mężem na podłodze i zamknięcie się w innym pokoju, żeby zająć się pracą (niestety, czekały na mnie 3 sprawozdania finansowe do sprawdzenia i uzgodnienia) kończyły się po maksimum 10 minutach. A w momencie, jak pojawiałam się jej w polu widzenia - nie było już mowy, żeby pozwoliła mi się znów ponownie oddalić. Trzeba było odwracać jej uwagę... Efekt był taki, że przed jej położeniem spać udało mi się zrobić 1/4 tego, co powinnam. 

Po odłożeniu Malutkiej nie było lżej - czekały sprawozdania finansowe, a poza tym ugotowanie zupy na drugi dzień i obiadku dla Małej, dwa prania, naszykowanie rzeczy dla siebie i dziecka na kolejny dzień. W chwili, gdy wyszłam z sypialni Małej stanęłam w kuchni i doszłam do wniosku, że nie wiem, w co ręce włożyć - najpierw praca czy gotowanie albo wieszanie prania, czy najpierw nastawić zupę czy pranie itp. Nawarczałam na Męża, który zorientował się, że nie jest dobrze (trudno było nie) i zaoferował, że powiesi pranie. Nawet nie sprawdzałam, jak mu się udało to jedną ręką - ważne, że mi pomógł. 

Nawet nie chcę myśleć o dzisiejszym wieczorze... Jutro Wielka Sobota i święconka, a do tej święconki też trzeba coś przygotować. Dodam tylko, że pisanek nie będzie - nie mam barwników, łupin cebuli i samozaparcia, aby się w to wszystko bawić. W przyszłym roku będzie lepiej - mam nadzieję...

Chce się wyrwać...

Mój mąż wrócił do pracy... Z jedną ręką unieruchomioną (prawą!) - ale w końcu redaktor/dziennikarz może "klikać" drugą, tą sprawną... Idzie mu to dużo wolniej, więc godna podziwu jest jego determinacja. Nie bierze bardzo długich dyżurów lub takich, które kończą się późnym wieczorem i nie ma możliwości powrotu do domu komunikacją miejską, nie pracuje codziennie. 

Ale sam fakt powrotu dobrze mu (nam) zrobił. Nabrał pewności, ma poczucie, że jednak w redakcji jego osoba się przydaje, ma wypełniony czas... Poza tym poczuł się na tyld dobrze, że może zająć się Małą. Oczywiście wciąż jej nie nakarmi, nie przewinie i sam nie włoży do wózka, ale popilnuje, gdy chodzi wokół mebli (tak! to już ten etap:-)) Dzięki temu w miarę spokojnie poszłam w poniedziałek wieczorem do fryzjera.

Niemniej jednak oboje jesteśmy już zmęczeni tą sytuacją. Niby poukładaliśmy to wszystko sobie i jest w miarę normalnie, ale to nie jest typowa  sytuacja. Ja nie wyjdę z domu na dłużej niż godzinę, a M. jest zmęczony unieruchomieniem..

We wtorek po Świętach  kolejna konsultacja w szpitalu... Mam nadzieję, że zapadną jakieś decyzje dotyczące terminu kolejnej operacji, bo chętnie wyrwałabym się na trochę dłużej z domu. Wyjście do pracy nie stanowi aż takiej aktrakcji, aby uznać je za "wyrwanie się gdzieś"... Choć myślę, że głównie dzięki temu, że pracuję nie wariuję i udało mi się podejść do całej sytuacji "na zimno"...

wtorek, 19 marca 2013

Nie jest łatwo..

Nie jest łatwo... Mój Mąż wciąż nie jest w pełni sprawny, a druga operacja, która powinna to zmienić będzie prawdopodobnie dopiero po świętach wielkanocnych. Moja siostra wyprowadziła się od nas, bo dostała pełno etatową pracę. Bardzo nam pomogła przez te dwa tygodnie, ale chyba troszkę ją to zajmowanie się Małą w pełnym wymiarze czasu przerosło. I ja to rozumiem... W końcu jej rola to bycie ciocią, która chce rozpieszczać raz na jakiś czas, a nie wychowywać na codzień. Przebywanie na obcym gruncie, w nieswoim domu, w poczuciu tymczasowości też pewnie nie pomaga... Także od niedzieli jesteśmy sami.

Z jednej strony to dobrze - pojawiło się poczucie jako takiej normalności. Malutka jest spokojniejsza, bo chyba czuła, że sytuacja jest niestandardowa. Z drugiej - pojawiła się konieczność logistycznego opanowania tej nowej sytuacji. Przed wypadkiem było tak, że ja szłam do pracy na mniej więcej 7 rano, a Mąż ogarniał Małą po jej pobudce do momentu przyjścia opiekunki i swojego wyjścia do pracy. Opiekunka przychodzi na 10 i jest do mojego powrotu z pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że teraz M. ma wyłączoną z funkcjonowania jedną rękę, nie może dźwigać itd. - nie poradzi sobie sam z Malutką, którą trzeba rano wyjąć z łóżeczka, nakarmić, przewinąć itd. Rozważaliśmy, czy nie dopłacić opiekunce za nadgodziny, żeby przychodziła wcześniej, ale uznaliśmy, że to jest jej praca i przebywanie z Małą kilkanaście godzin zamiast 8 może okazać się męczące i niekorzystnie odbić się na całej sytuacji.

Musieliśmy sobie poradzić inaczej. Na chwilę obecną udało nam się zaangażować do pomocy babcię Męża, która przyjeżdża na 6.30 do nas. Mijamy się w drzwiach - babcia wchodzi, a ja wychodzę do pracy. Do przyjścia opiekunki babcia pomaga Mężowi ogarnąć Małą. Na szczęście radzi sobie z nią bardzo dobrze, co nie jest łatwe, bo Mała wstaje przy wszystkich możliwcyh meblach i innych "podpórkach", które znajdzie... Harmonogram reszty dnia dzięki temu jest bez zmian, a ja mogę w miarę spokojnie pracować.

czwartek, 14 marca 2013

W szpitalu...

Jesteśmy w szpitalu, przyszliśmy punktualnie na 13.00 - zgodnie z ustaleniami. I co słyszymy? Proszę cierpliwie czekać. Nacisk na słowo CIERPLIWIE prawie wbił nas w podłogę. Siedzimy więc oboje bez sensu, klepiąc z nudów w komórki. Jak na złość żadnych służbowych wiadomości do załatwienia.
.
Właśnie LPR przytransportowało jakiegoś pacjenta, wygląda na bardzo poważny przypadek... Chyba nasza konsultacja się nie odbędzie. Czekamy dalej... Cierpliwie!

środa, 13 marca 2013

W oczekiwaniu

Dziś okaże się - mam nadzieję -kiedy mój M. będzie miał kolejną operację. Liczymy, że w miarę szybko; potem jeszcze rehabilitacja i wszystko powinno wrócić do jako takiej normy. W każdym razie trzymajcie kciuki...

Wypadek Męża uświadomił mi, jak wiele się zmienia, gdy pojawia się dziecko. Gdy się o nim dowiedziałam, uruchomił mi się w głowie - obok troski o Męża - dodatkowy proces myślowy "co z Maleńką?". Zanim dotarłam do szpitala organizowałam opiekę, listę posiłków, zmiany ubrań i przekazałam rytuały kąpielowe. Nie było paniki - był logiczny ciąg myślowy, a mój umysł pracował na dodatkowym "wiatraku", który nie dopuścił do przegrzania i studził zbędne emocje. Potem wciąż powtarzałam sobie, że wszystko się musi ułożyć, bo jest malutka i nie ma innej opcji.

Przy okazji - bardzo dziękuję wszystkim za słowa wsparcia, które do nas w tych gorszych chwilach docierały...

poniedziałek, 11 marca 2013

Bohaterka

Wracając do pytania, które zadałam na koniec poprzedniego wpisu i które jest przyczyną powstania tego bloga - wciąż brakuje mi odpowiedzi...

O jednym jestem jednak przekonana: mojej decyzji o powrocie do pracy nie żałuję. Owszem, jest mi bardzo ciężko czasami, narzekam, ale fakt, że wstaję o tej 5 rano codziennie, żeby jak najwcześniej dotrzeć do pracy i wyrobić się z obowiązkami, świadczy o tym, że na tej pracy mi zależy. Mogłabym przecież wziąć zwolnienie na opiekę nad mężem i nie pokazywać się przez 2 miesiące w biurze. Tylko czasem pojawia się ciche pytanie i majaczy gdzieś z tyłu głowy - po co? Chyba dla własnej ambicji i samorealizacji....

I tak na marginesie, ale wciąż w temacie moich rozważań. Zaskoczył mnie ostatnio serial "Prawo Agaty" emitowany przez TVN, w którym jedna z bohaterek z malutką córeczką na ręku tęskni za pracą w kancelarii... Nie widziałam scen zachwytu nad różową istotką w łóżeczku z falbankami, a tylko tęskne wzdychanie nad odnalezioną w koszu na pranie togą. Wszystkim paniom, które mają wątpliwości, czy dobrze robią wracając do pracy polecam - wreszcie jest bohaterka serialu, z którą mogłabym się identyfikować :)

środa, 6 marca 2013

W domu...

Mąż już w domu... Co prawda częściowo unieruchomiony i wymaga opieki równie intensywnej co Malutka, z jednym wyjątkiem - pokrojone i naszykowane sam zje.

Ja dotychczas funkcjonowałam wg rytmu: pobudka 5 rano, szybko do pracy, zrobić jak najwięcej, szpital, powrót do domu, pobyć z Maleńką, wykąpać ją, odłożyć, przygotować ubranie i jedzenie na kolejny dzień... Spać około 21.00 - żeby się trochę zregenerować przed następnym intensywnym dniem. Obecnie wypadły mi z harmonogramu dojazdy do szpitala, ale ... mam pacjenta w domu. Weekend nie jest już czasem odpoczynku, bo opieka nad dwójką domowników spoczywa na mnie cały czas. Pomaga mi bardzo moja siostra, ale mam poczucie, że marnuje jej czas, który - jako młodsza ode mnie o 5 lat - mogłaby spędzić nieco bardziej beztrosko niż jako "matka i ojciec na pół etatu". Trudno mi wykrzesać odrobinę energii, żeby zrobić coś dla siebie. Nadal padam o 21.00 - z wielką nadzieją, że następnego dnia będzie lepiej. W pracy jest teraz tzw. gorący okres, więc muszę sobie radzić nie tylko z domowymi kłopotami.

I jak wrócić do pracy i nie zwariować? Szukam wciąż odpowiedzi na to pytanie...

niedziela, 3 marca 2013

...

Przepraszam wszystkich, którzy śledzą niniejszy blog za brak postów... Mój mąż miał poważny wypadek. Więcej informacji wkrótce, gdy znajdę chwilę czasu pomiędzy dzieckiem, pracą a szpitalem...