Wczorajszy wieczór dał mi w kość - myślałam, że wybuchnę albo trzasnę drzwiami i ucieknę... Mała miała gorszy humor i wszelkie próby zostawienia jej bawiącej się z Mężem na podłodze i zamknięcie się w innym pokoju, żeby zająć się pracą (niestety, czekały na mnie 3 sprawozdania finansowe do sprawdzenia i uzgodnienia) kończyły się po maksimum 10 minutach. A w momencie, jak pojawiałam się jej w polu widzenia - nie było już mowy, żeby pozwoliła mi się znów ponownie oddalić. Trzeba było odwracać jej uwagę... Efekt był taki, że przed jej położeniem spać udało mi się zrobić 1/4 tego, co powinnam.
Po odłożeniu Malutkiej nie było lżej - czekały sprawozdania finansowe, a poza tym ugotowanie zupy na drugi dzień i obiadku dla Małej, dwa prania, naszykowanie rzeczy dla siebie i dziecka na kolejny dzień. W chwili, gdy wyszłam z sypialni Małej stanęłam w kuchni i doszłam do wniosku, że nie wiem, w co ręce włożyć - najpierw praca czy gotowanie albo wieszanie prania, czy najpierw nastawić zupę czy pranie itp. Nawarczałam na Męża, który zorientował się, że nie jest dobrze (trudno było nie) i zaoferował, że powiesi pranie. Nawet nie sprawdzałam, jak mu się udało to jedną ręką - ważne, że mi pomógł.
Nawet nie chcę myśleć o dzisiejszym wieczorze... Jutro Wielka Sobota i święconka, a do tej święconki też trzeba coś przygotować. Dodam tylko, że pisanek nie będzie - nie mam barwników, łupin cebuli i samozaparcia, aby się w to wszystko bawić. W przyszłym roku będzie lepiej - mam nadzieję...
