czwartek, 29 sierpnia 2013

Skoki rozwojowe - co dalej?

W lipcu udało mi się wykroić tydzień urlopu i pojechać z Małą na działkę do moich rodziców, na Mazury. Przyznam, że 24 godziny 7 dni w tygodniu z moją córeczką (oprócz nas była jeszcze tylko moja mama czyli tzw. "baba" dla Malutkiej oraz 2 psy: nasza psinka i terierka moich rodziców) sprawiły mi niesamowitą przyjemność. Mała była przegrzeczna, żadnego ponadprogramowego marudzenia, żadnych skoków rozwojowych...W sumie, jeżeli skończyła już jakiś czas temu roczek (teraz ma 15 misięcy), to jak rozumiem skoki rozwojowe mamy już za sobą? Czy się mylę i Malutka jeszcze nas zaskoczy złym humorkiem i byciem na "nie" przez kilka dni pod rząd? Co na to doświadczeni rodzice?


wtorek, 6 sierpnia 2013

Przedszkolak

Wczoraj kolejny dzień Malutkiej w przedszkolu (pierwszy opisałam tu) ... Już w ciągu dnia dostaliśmy informację z Buzzy Bee, że nasza księżniczka zasnęła w czasie leżakowania. Pierwszego dnia się nie udało. Ale jak słusznie założyły Panie z przedszkola - w nowym miejscu, po dawce zupełnie nowych przeżyć i emocji nie należy zmuszać. W związku z tym zaraz po odebraniu jej i dotarciu do domu odłożyłam ją do łóżeczka na drzemkę. Dzień drugi był już bardziej zwyczajny; Malutka pospała 2 godziny czyli tyle, ile zwykle trwa jej drzemka w domu.

Co ciekawe - wczoraj rano, około 9.15 zaprowadziła mojego M. do przedpokoju, kazała zapalić sobie światło, wyjęła buciki z garderoby, powiedziała "brum, brum". Podobno jednoznacznie pokazała, że czas wyjść - zastanawiamy się, czy miała na myśli pójście do przedszkola? Pozwoliła się zaprowadzić, odpowiedziała na "papa" Męża i została bez żadnego problemu. Spotkanie ze mną po południu wyglądało podobnie jak wczoraj: ucieszyła się na mój widok, ale nie ciągnęła do furtki. Myślę, że jako małej jedynaczce brakuje jej kontaktu z dziećmi, a wizyta w przedszkolu daje możliwość zabawy z innymi maluchami. Co prawda nasza Mała jest na razie najmłodsza, ale świetnie sobie radzi, a co za tym idzie - rodzice pękają z dumy:)

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Klątwa?

Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy na naszej małej rodzinie ciąży klątwa. Od lutego czyli odkąd wróciłam do pracy wciąż zaskakują nas różne wydarzenia, które wymagają organizacji naszego życia lub reorganizaji dotychczasowego trybu, szukania nowych rozwiązań... Po kolei:
  • wypadek mojego Męża;
  • rozcięcie głowy przez Malutką;
  • problemy w pracy, które pojawiły się ostatnio.
Najnowszy problem jest taki, że nasza opiekunka złamała rękę i przynajmniej do końca sierpnia jest unieruchomiona, w gipsie. Zakładam, że potem potrzebna będzie rehabilitacja, więc we wrześniu też może być nieobecna.

Po raz kolejny w tym roku stanęliśmy przed faktem dokonanym - jak sobie poradzić bez opiekunki, nie rezygnując z pracy. Pomysł pierwszy upadł dość szybko - nie udało nam się zatrudnić nikogo na zastępstwo. Nie chciałam szukać przez "nianiowe" portale, bo jednak nie wyobrażam sobie wpuszczenia do domu obcej osoby i powierzenia jej mojego dziecka. Poszukiwanie przez znajomych nie przyniosło efektu, bo nawet jeśli ktoś mógł kogoś polecić, to akurat ta osoba obecnie ma zajęcie. Kolejny pomysł przyszedł nam do głowy dość szybko - zdecydowaliśmy się oddać Malutką do przedszkola, do BuzzyBee. Nigdy nie podjęlibyśmy tej decyzji, gdyby nie fakt, że przedszkole prowadzi nasza koleżanka i ma tzw. grupę żłobkową. Przedszkole mieści się w miarę niedaleko nas, a grupa żłobkowa razem z naszą Małą liczy w sumie trójkę dzieciaczków. Duża willa z ogrodem na skraju Lasu Kabackiego, z dala od zgiełku miasta.

Wczoraj był pierwszy dzień. Mój Mąż zawiózł dziś Maleńką na 10.00 do przedszkola, a ja ją odebrałam. Oboje bardzo to przeżyliśmy... M. stał za płotem, chowając się za drzewem i obserwując, czy na pewno może Małą zostawić. W ciągu dnia zrobił sobie jeszcze wycieczkę rowerową pod przedszkole - tak na wszelki wypadek:) Ja jechałam o 15.00 do przedszkola z bijącym sercem , zastanawiając się, jak przywita mnie Maleńka. Uznałam, że jej reakcja dużo mi powie na temat tego, czy się zaadaptowała. Weszłam na teren przedszkola i zobaczyłam ją wśród dzieci. Ona również mnie zauważyła, podbiegła, uśmiechnęła się, pokazała na zabawki w ogródku i ... pobiegła bawić się dalej. Bez rozpaczy, przylgnięcia do moich nóg itp. Odetchnęłam. Okazało się, że Mała zaadaptowała się świetnie - i na to faktycznie liczyłam, bo widzę, jak lgnie do dzieci na placu zabaw. Kolejny sprawdzian dziś - czy da się mojemu M. zostawić w przedszkolu?

wtorek, 16 lipca 2013

Do wesela się zagoi...

Już dawno pisałam, że postęp w fizycznym rozwoju Malutkiej (tj. wstawanie, chodzenie, bieganie...) kosztuje mnie sporo nerwów... Tym razem brakuje mi skali, aby opisać mój poziom zdenerwowania w zeszły wtorek. Około 8.30 odebrałam telefon od mojego Męża, już sama pora wydała mi się dziwna - zwykle o tej porze nie dzwoni. Jego głos był również bardzo poważny... Krótko zakomunikował, że Mała rozbiła sobie głowę i zapytał, co poza tym, co już jest spakowane (tu wymienił kilka rzeczy...) może jeszcze potrzebować w szpitalu. Pierwsze, co mi się cisnęło na usta to: jak?, gdzie?, dlaczego?, jaka rana?, czy Maleńka jest przytomna? Muszę przyznać, że opanowanie moje Męża jest godne najwyższej pochwały. Aby nie przedłużać, uspokoił mnie szybko i uciął moje pytania; spakował Małą i wyruszyli do szpitala. Ponieważ dyżur pediatryczny pełniła placówka przy ul. Działdowskiej, zabrali mnie po drodze (moje biuro mieści się niedaleko).

Na miejscu okazało się, że można "skleić" ranę plasterkami lub zszyć. Plasterki wg lekarza, który zajmował się Malutką, niosą ze sobą ryzyko, że rana się "rozejdzie" i brzydko zrośnie. Stanęło na szyciu, co było bardziej skomplikowanym zabiegiem niż przylepianie plastrów. I zaczął się mój mały koszmar. Maleńka nie bardzo rozumiała, dlaczego trzymają ją dwie osoby, kolejna szyje jej czółko, ma zakrytą twarz itp. A to wszystko za zgodą rodziców... Krzyczała wciąż "dada, dada, dada...!" (mówi tak na mnie). Myślałam, że pęknie mi serce. Rozum się wyłącza w takich sytuacjach. Zaciskałam ręce i czekałam aż skończą. Chciało mi się płakać. Na szczęście poza tym z Malutką było wszystko w porządku, żadnych objawów poważnego urazu głowy.

Kolejnym powodem mojej rozpaczy był fakt, że zamiast wracać z Małą do domu, musiałam wrócić do biura. Szef poprosił mnie, żebym przyjechała z powrotem do biura, ponieważ miało się odbyć spotkanie z ważnym, potencjalnym klientem, którego moja firma chciała pozyskać. Wróciłam do firmy, ale wcześniej musiałam pochodzić chwilę w zieleni i wypłakać całe nerwy i bezsilność, jaką czułam w szpitalu. Zgadzam się z moją przyjaciółką z pracy, która twierdzi, że w takiej sytuacji człowiek podłożyłby się zamiast dziecka. Drugim ciężkim momentem okazało się wejście do biura - poszłam do szefa i powiedziałam, że wróciłam. Rzucił krótkie "ok" z nad monitora, nie odrywając oczu od komputera. Zrobiło mi się niezmiernie przykro - wróciłam, bo powiedział, że "dobrze byłoby, abyś pojawiła się na  spotkaniu". Liczyłam, że usłyszę: co z Małą; doceniam, że wróciłaś... Zaczęłam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, bo za dużo oczekuję od szefa, który zawsze w pierwszej kolejności będzie tylko moim szefem, a nie kolegą czy z nim? Czy może czas na zmianę?

niedziela, 14 lipca 2013

Tężnie

Wiem... Długo nie pisałam - przerwa była znacząca... W najbliższych postach postaram się nadrobić te 2,5 tygodnia - bo troszkę się działo.

Ostatnio troszkę jeździmy - zarówno w okolicach Warszawy jak i dalej - tak, aby urozmaicić sobie ten letni czas i schemat spacer-dom-plac zabaw. W niedzielę 7.07. pojechaliśmy na przedpołudniowy spacer do tężni w Konstancinie. Pogoda dopisała. Ponieważ odkąd jest Marysia to nasza weekendowa doba uległa zmianie i zamiast otwierać oko ok. 11, to o tej porze jesteśmy już gotowi do wyjścia - to gdy dojechaliśmy na miejsce nie było jeszcze zbyt tłoczno. 

Same tężnie są ciekawą atrakcją - mnie najbardziej fascynuje konstrukcja z gałęzi oprawiona w drewniany stelaż. Posiedzieliśmy trochę w środku, aby powdychać nieco zdrowia. Oczywiście siedzieliśmy na zmianę, bo Maleńka dreptała sobie po tężni, zaczepiając co jakiś czas inne dzieciaki. Swoją drogą widok takiej "kaczuchy" jest naprawdę rozczulający... Biega to-to na krótkich nożkach, pupę ma wypchaną (bo jest przecież pieluszka), wypycha brzuszek dla zachowania równowagi... Kiedy ona tak urosła??? Wydaje mi się, że jest malutka, ale jak patrzę na zdjęcia sprzed kilku miesięcy, to okazuje się, że wtedy była mała...

Wokół tężni jest bardzo ładny park, który chyba niedawno był rewitalizowany... Alejki, ławki, zieleń - wszystko zadbane. Na terenie są również dwa place zabaw i miejsca, gdzie można kupić kawę/gofry/lody oraz zjeść obiad. Wybraliśmy mniejszy plac zabaw, trochę z boku. Powodów było kilka:
  • ma zabawki bardziej adekwatne dla maluchów takich jak nasza córeczka;
  • jest w cieniu (a przynajmniej był, gdy tam przebywaliśmy);
  • sąsiaduje z kawiarnią, która ma stoły i ławy na zewnątrz, więc rodzice (lub jedne rodzic, gdy dziecko wymaga jeszcze opieki) mogą spokojnie posiedzieć i wypić kawę lub skonsumować coś innego.
Dzień zaliczyliśmy do naprawdę udanych - pooddychaliśmy zdrowym powietrzem, pospacerowaliśmy, zmieniliśmy otoczenie, a Malutka padła po tych wszystkich atrakcjach jeszcze w drodze do samochodu. Polecam ten kierunek, bo nie jest to daleko od Warszawy (szczególne, gdy mieszka się na Ursynowie tak jak my), a jednak cała wyprawa nabiera cech zamiejskiego wyjazdu:)



piątek, 28 czerwca 2013

Tylko 5 pln

Ostatnio byłam świadkiem interesującej rozmowy mama-dziecko, którą usłyszałam w jednym z centrów handlowych. Całe zajście przebiegło następująco:
  • dziecko [wybiega przed mamę, która prowadzi koszyk pełen zakupów, na oko - typowe spożywczo-chemiczne zaopatrzenie domu; pokazuje na automat pełen piłeczek, z których każda ma środku zabaweczkę z kategorii "durnostrojka"]: Mamo, mamo! Mogę zagrać?
  • mama [zmęczona zakupami, skupiona na manewrowaniu koszykiem pomiędzy innymi klientami oraz - zapewne - zastanawiająca się, po co w domu kolejny absolutnie nieprzydatny drobiazg, którym dziecko pobawi się pół godziny]: Kochanie, nie mam już pieniążków...
  • dziecko [cały czas pełne entuzjazmu]: Ale mamo! To tylko 5 złotych!

Wyminęłam mamę z dzieckiem i pobiegłam załatwiać swoje sprawy, nie usłyszałam końca tej rozmowy. Ale powróciło do mnie pytanie, które zadawałam sobie jeszcze zanim zaszłam w ciążę. Jak wychować dziecko w obecnych czasach tak, aby z jednej strony nie tkwiło w kulcie pieniądza (i nie ulegało pochodnej od pieniądza chęci posiadania gadżetów typu najnowszy telefon komórkowy, playstation itp.). a z drugiej - aby w związku z tym nie czuło się gorsze na tle swoich rówieśników? Gorsze, bo rówieśnicy wyśmieją brak laptopa albo iphone'a.

Obawiamy się z Mężem sytuacji, iż nawet jeśli uda nam się wytłumaczyć Malutkiej, że nie określa nas to, co posiadamy (czyli bardziej jesteśmy "być" niż "mieć"), to jednak zetknięcie z rówieśnikami może okazać się bolesne - bo dzieci bywają okrutne. Jak wyważyć proporcje? Szczególnie, że nie musimy oglądać każdej złotówki, ale do osób, które nie muszą przejmować się finansami z pewnością nie należymy. Jak wiele młodych małżeństw mamy kredyt na mieszkanie i niestabilną sytuację zawodową - a dokładniej: mój Mąż od zakończenia studiów nie przepracował ani jednego dnia na umowie o pracę... Nie mówię, że mamy jej odmawiać wszystkiego, ale nie chcemy biec do sklepu za każdym razem, gdy znani producenci elektroniki, zabawek itp. wypuszczą na rynek jakąś nowość.

A moje pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi... Jak wychować dziecko tak, aby nie określało go to, co posiada? Macie może jakieś wskazówki?

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Koncert

We wrześniu zeszłego roku (czyli 2012) mój Mąż przyszedł do domu i oznajmił, że kupił bilety na koncert Bon Jovi w Gdańsku. Na moje: Kiedy?", otrzymałam krótką odpowiedź: "W czerwcu". Szybko policzyłam, że do tego wydarzenia jest jeszcze dziewięć miesięcy i uznałam, że to mnóstwo czasu. I - jak się okazało - było to świetne podejście... Gdy nadszedł czerwiec stanęliśmy nagle przed koniecznością zorganizowania wyjazdu, co - w przypadku posiadania dziecka - staje się nieco bardziej skomplikowane niż zwykle. Należy zastanowić się nad kilkoma zagadnieniami:
  1. czy jedziemy z Malutką? W tym przypadku raczej utrudniłoby to sprawę, ponieważ trzeba by było zabrać dodatkową osobę do zajęcia się Małą w trakcie koncertu. Oczywiście mogłam ją zabrać, bo w końcu bariera, że czegoś nie można zrobić z dzieckiem jest wg mnie barierą tylko w głowie rodziców (nie mówię, że ja takich barier nie mam). Chcieliśmy jednak pojechać we dwoje.
  2. jeśli Maleńka zostaje, to z kim? Stanęło na pobycie u teściów, przy czym dla ich wygody "wypożyczyliśmy" im również opiekunkę;
  3. jako, że zostawiamy Małą w Warszawie - to na jak długo możemy wyjechać? Tutaj muszę się przyznać, że dotychczas nie miałam problemu z zostawianiem jej u kogoś (najczęściej moi rodzice), ale była w tym samym mieście, a nie 350 km ode mnie, a dziadkowie przejmowali ją na jedną noc. Zdecydowaliśmy się na dwie noce poza domem. Ostatecznie Małej nie widziałam dłużej, bo teściowa zadzwoniła w dzień naszego powrotu, że chętnie przenocuje ją jeszcze jeden dzień, a szkoda ją odbierać od nich późnym wieczorem i "na wariata". Nie da się ukryć, że miała rację - pojechałam po nią na spokojnie, po pracy, następnego dnia po powrocie.
Podsumowując, ten wyjazd bardzo mi się przydał. Oderwałam się od pracy i od naszej domowej codzienności - jednym słowem: zresetowałam. Sam koncert był w mojej opinii rewelacyjny. Oczywiście nie obyło się bez zaglądania w wózki i patrzenia na maluszki biegające na plaży - oboje z Mężem łapaliśmy się na tym, że analizujemy, które z odwiedzanych miejsc byłyby odpowiednie dla naszej córeczki:)

Kolejny cenny wniosek na przyszłość - spokojnie możemy zostawiać Małą z teściami, obie strony świetnie sobie poradziły w nowej sytuacji. Nie spodziewałam się, że teściowie poproszą o kolejny dzień z Malutką. Musiałam tylko pokonać "mamusiowe" odczucia czyli chęć odebrania Małej i przytulenia jej w dzień naszego powrotu z Gdańska...

czwartek, 13 czerwca 2013

Dziewczynka

W miniony weekend byliśmy na weselu i po raz pierwsze zabraliśmy Małą na taką imprezę. Oczywiście nie na cały wieczór, a jedynie do kościoła na ślub i na początek wesela. Szczęśliwie odbywało się ono 10 minut jazdy samochodem od naszego domu, więc po 20.00 spakowaliśmy Malutką do samochodu i odwieźliśmy do domu, gdzie czekała moja siostra, która wykąpała szkraba  i odłożyła spać. Rodzice mogli spokojnie wrócić na imprezę i bawić się dalej. 

I właśnie ta impreza uświadomiła mi, jak bardzo "dorosłe" jest już moje dziecko. Nie powstrzymaliśmy się od zrobienia z niej małej laleczki. Miała odświętną sukieneczkę, butki i dwa kucyki. Konieczność zbierania jej włosków w kitki wynika z tego, że mimo postrzyżyn, które zrobiłam jej jakiś czas temu, są one i tak bardzo długie. Kucyki trochę panują nad włoskami spadającymi na twarz i wchodzącymi w oczy. Kolejne postrzyżyny chcemy już zrobić u fryzjera - z nadzieją, że lepiej poradzi on sobie z nożyczkami przy wiercącym się maluchu. Ostatecznego wyboru sukienki dla Małej na wesele dokonał mój Mąż - wykładałam z garderoby różne stroje, mniej lub bardziej różowe, stroje, praktyczne itp. M. wskazał na najbardziej strojną sukieneczkę, a mój komentarz, że może założyć jej coś innego skwitował krótkim "Ma być księżniczka"... :) Troszkę nam tata na punkcie córeczki oszalał.

Wychodząc już z wesela szliśmy przez parking - Mąż z Malutką, które dreptała na własnych nóżkach przy wózku i ja trochę z przodu, aby otworzyć samochód. Spojrzałam na wystrojoną Maleńką, jak prawie samodzielnie idzie do samochodu i zrozumiałam, że nie mamy już bobaska, ale mała dziewczyneczkę... Cały czas ta myśl mnie rozczula - z jednej strony szkoda mi, że czas tak szybko i nieodwracalnie przemija... Z drugiej - jestem dumna patrząc, jak nasza Malutka przemienia się ze śmiesznego szczeniacka (jeszcze niedawno) w małego człowieczka...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Nie samochodem

Długi weekend dawno za nami - niestety kumulacja pracy nie pozwoliła mi na bieżące opisanie wrażeń z wyjazdu. Pobyt na Mazurach przebiegł całkiem dobrze. Mała pofikała po trawie, nałykała się świeżego powietrza... Niestety dały o sobie znać ząbki (sądząc po tym, że ślini się jak bokser [mam na myśli rasę psa]) i dwa dni a czterech była nieco bardziej marudna niż zawsze. 

Poza tym okazało się, że osiągnęła wiek, który jest dość słaby na podróżowanie samochodem. Ile pośpi, tyle jedzie spokojnie. Ale jeżeli jest wyspana i nie ma ochoty na kolejną drzemkę, to szybko zaczyna się nudzić, wiercić i nie rozumie, dlaczego nie może wysiąść ze swojego fotelika. Rozumek takiego roczniaka nie jest jeszcze w stanie pojąć tłumaczeń, że musi jechać w foteliku i nie daje się zająć czymś innym. Kończy się płaczem Malutkiej i moją rozpaczą przez ten czas podróży, gdy muszę słuchać jej żalów. 

Po tej podróży (w końcu na Mazury jest tylko 200 km) wyleczyliśmy się ostatecznie z Mężem z pomysłu podróży przez Europę w trakcie wakacji. Chcieliśmy odwiedzić brata mojego M. w Niemczech i zajrzeć do Szwajcarii, gdzie są aktualnie nasi znajomi. Pomysł wyjazdu na Kretę we wrześniu wydaje się dużo rozsądniejszy. I na szczęśćcie hotel już zarezerwowany na Booking.com, a bilety lotnicze kupione. A myśl o słonecznym urlopie wpływa pozytywnie na moje nastawienie do życia, w tym pracy...

wtorek, 28 maja 2013

Pierwszy wyjazd w sezonie wiosna/lato 2013

Ufff... Zdecydowałam się "zaszaleć" - mimo, że sezon sprawozdań finansowych w pełni - i na piątek wzięłam urlop. Nie ukrywam, że pomógł fakt, iż moja firma zmienia w ten nadchodzący długi weekend siedzibę i szansa, aby IT przeniosło nasze zasoby sieciowe, podłączyło serwery itp. bez kłopotów i przerwy w dostępach jest niskie. Kilka gotowych SF pojedzie ze mną Mazury w wersji papierowej, do zczytania.

Bo właśnie na Mazury się wybieramy, na działkę do moich rodziców. Na razie w babska ekipa: Mała, moja mama, ja i nasze psice:) Mój Mąż pracuje, a tata będzie mógł dojechać dopiero w piątek. Dochodzę do wniosku, że każdy wyjazd z dzieckiem to jak wyprawa na wojnę. Bierzemy wszystko - chociaż jedziemy do siebie. Z drugiej strony to nasz pierwszy po zimie wyjazd na Mazury, więc duża część rzeczy, którą zawiozę teraz zostanie do końca sezonu, a niektóre, jak np. zabawki, pewnie na kilka najbliższych lat.

Oby tylko pogoda dopisała, bo siedzenie w domu... Ten jest słabiej dogrzany niż mieszkanie w Warszawie, bo otwierany tylko na weekendy, a poza tym - no cóż jak pokazała ostatnia aura nawet takie małe dzieci w czasie deszczu się nudzą. Nie wymagam 30 st. upałów, ale byłoby miło, gdyby przynajmniej nie padało, bo wtedy mogłabym pojechać i coś Malutkiej pokazać. Myślę, że już trochę atrakcji dla roczniaka można znaleźć. W miarę niedaleko są Zwierzęta Eulalii czy Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, a myślę, że w Olsztynie znajdzie się jakieś centrum zabaw dla dzieci. Traktuję to jednak jako opcję rezerwową i trzymam kciuki za piękną pogodę, która pozwoli m.in. na inaugurację dmuchanego baseniku, który Mała dostała na 1. urodziny.

poniedziałek, 27 maja 2013

Ciągle pada...

Aura ostateniego piątku nie nastrajała optymistycznie... Deszcz, który zaczął się rano, padał do tej wieczora. Wracałam do domu z pracy myśląc intensywnie, czy woda, która mi chlupie w butach wyleje się zanim wysiądę z metra i jak sposób spędzenia tego popołudnia i wieczoru zaproponuje Malutkiej. Zwyczajowy spacer połączony z placem zabaw raczej odpadał. Wysiadając na moje stacji dostałam sms-a - koleżanka zaproponowała spotkanie. Na miejscu okazało się, że oprócz jej dzieciaków (dwie dziewczynki - 4 lata i 15 miesięcy) jest jeszcze piątka innych! Oprócz mnie zaprosiła trzy swoje "dzieciate" sąsiadki. Maleńka była najmłodsza i - co za tym idzie - najmniej mobilna. Ale odnalazła się świetnie... 

Od pewnego czasu zauważyłam, że interesują ją inne dzieci: cieszy się, gdy je widzi na placu zabaw, popiskuje w wózku, gdy inne dziecko ją mija. Niestety jest dzieckiem chowanym wśród dorosłych, w najbliższej rodzinie nie ma żadnych dzieci. Staram się ją socjalizować właśnie przez wychodzenie na plac zabaw, szukałam również zajęć w klubikach dla takich maluszków (większość oferuje tylko przygotowanie przedszkolne dla dzieciaków powyżej 2 lat). Nie będę tutaj piać, że chciałaby się z innymi dzieciaczkami pobawić - traktuje je raczej jako ciekawy obiekt do obserwacji i współfunkcjonowania. I jest zjawisko całkiem normalne dla takich roczniaków jak ona. Mam jednak nadzieję, że z czasem to zainteresowanie przerodzi się w chęć zabawy z rówieśnikami. 

Na szczęście nie były jej straszne krzyki 4-6 latków, które biegały po całym domu wrzeszcząc i tupiąc. Plątała się między nimi jak mały szczeniaczek, podchodząc do jakiś czas do porzuconych przez nich zabawek. A mama? Mama siedziała z innymi mamami, skubiąc przekąski przygotowane przez gospodynię i rozmawiając... no właśnie - o niczym istotnym. O przedszkolach w naszej dzielnicy, innych dzieciach, znajomych znajomych itp. I mimo, że całą sobą odżegnuję się od bycia mamuśką, której celem życia stało się bycie matką i która uważa, że należy się jej szacunek za przedłużanie gatunku ludzkiego i produkowanie pokolenia, które zarobi na nasze emerytury... - muszę przyznać, że takie popołudnie po całym tygodniu ciężkiej, koncepcyjnej pracy i zastanawiania się, czy sprawy domowe są jako-tako ogarnięte, świetnie mi zrobiło. Reset!

piątek, 17 maja 2013

Coś optymistycznego

Postanowiłam skupić się na sprawach przyjemniejszych niż rozważanie, czy jestem dobrą matką i przeciwstawić się złym nastrojom, które mnie ostatnio prześladują. 

We wtorek Malutka kończy roczek. Nie wiem, kiedy to minęło. Jeszcze rok temu chodziłam z wielkim brzuchem... W związku z tym jutro robimy przyjęcie dla najbliższych. Aby nadać odpowiednią oprawę temu wydarzeniu i pokreślić charakter całej imprezy, a także - nie będę tego ukrywać - ułatwić sobie trochę przygotowania i końcowe sprzątanie, sięgałam po papierowo-plastikową zastawę. Uznałam, że raz w życiu dziecko kończy rok i chociaż nie będzie nic pamiętać z przyjęcia, niech chociaż później na zdjęciach zobaczy, że całość dekoracji była zrobiona dla niej.

Jak szalona mamuśka przekopałam się przez strony www oferujące różnego rodzaju tematyczne akcesoria. Kolor wiodący - różowy! W końcu to dziewczynka, a co! Papierowe talerzyki, plastikowe sztućce i kubeczki, jednorazowe foliowe obrusy - bez konieczności uruchomiania pralki i zmywarki. Dla zabawy - sztućce ułożone w słoiczkach po gerberkach, ozdobionych różową wstążeczką oraz balony i transparent na drzwi:)

Menu też proste. Zdecydowanie bufet, bez zasiadania przy stole. Po pierwsze - przy plus/minus 20 osobach jest to już spore wyzwanie. Po drugie - przy takim Maluchu i tak się nie nasiedzimy, bo przede wszystkim jubilatka nie usiedzi długo w jednym miejscu. Pogoda powinna dopisać, więc otworzymy salon na taras i każdy z gości będzie mógł wziąć swój talerzyk czy kubek i skorzystać ze świeżego powietrza.

Kursujemy teraz między kuchnią a salonem szykując część dań na jutro i układając nakrycia. Próbka na zdjęciu.


środa, 15 maja 2013

Czarna dziura...

Wpadłam w czarną dziurę... Myślę, że śmiało można tak nazwać ten stan... Po ciężkiej niedzieli, gdy Malutka dała popalić babci, która przyjęła zająć się nią na dwie godziny nadszedł poniedziałek... Poniedziałek = początek tygodnia; zderzenie z pracą, której nie zdążyło się zrobić w poprzednim tygodniu; nowe zagadnienia, z którymi trzeba dać sobie radę na polu zawodowym. A jeśli chodzi o niedzielę, to zaczęła się całkiem nieźle. Mała pospała do 8.30 - zwykle budzi się godzinę wcześniej. Niestety potem wymagała dużo uwagi - jest na etapie, na którym chce robić wszystko, co rodzice. Efekt jest taki, że ściąga wszystko z blatu w kuchni (co leży w zasięgu małych rączek), robi velvet z papieru toaletowego w łazienkach, domaga się mojej szczoteczki do zębów (jej nie jest tak atrakcyjna jak nasze), sięga po mydło stojące na umywalce itp. Z jednej strony jest cudna - widać, że obserwuje, analizuje (na tyle, na ile może coś przeanalizować roczny rozumek:)), naśladuje... Z drugiej strony jej "małpkowanie" dorosłych czynności powoduje, że poziom skupienia rodziców osiąga poziom 200% - trzeba zfokusować się na tym, czy nie złapie czegoś da niej niebezpiecznego, nie ściągnie sobie czegoś na głowę lub zwyczajnie czegoś nie popsuje. 

"Danie popalić" babci oznaczało, że po prostu przez późniejszą pobudkę nie chciała iść na popołudniową drzemkę, była aktywna - zwyczajnie rozregulowała sobie dzienny rytm. Niestety moja mama dość rzadko z nią zostaje i nie umiała zareagować, np. zamiast drzemki dać jej chwili na zabawę, aby się zmęczyła czy wyjść na spacer, bo kołysanie w wózku usypia większość dzieci itp. Skończyło się tym, że mama wyszła od nas z komunikatem, że nie jest już zanadto chętna na pomoc w zajmowaniu się wnuczką. 

Skumulowane emocje z niedzieli i nadchodzącego poniedziałku dały efekt w postaci ogólnej rozpaczy... Po raz pierwszy od dłuższego czasu pomyślałam, że  byłoby fajnie przez chwilę  nie mieć dziecka i wyspać się weekend, mieć czas dla siebie i mieć nad wszystkim kontrolę... Oczywiście - teraz, gdy piszę to z perspektywy mój wyrzut sumienia sięga pewnie okolic Marsa. Jak mogłam pomyśleć (nawet przez chwilkę), że nie chcę Malutkiej? Jaka ze mnie matka, jeżeli dziecko mi może przeszkadzać?

niedziela, 12 maja 2013

Jaka ze mnie matka?

Jestem złą matką... Po raz kolejny dochodzę do punktu, w którym zaczynam się zastanawiać, czy proporcje pomiędzy czasem poświęcanym na dziecko, dom, pracę są właściwe. I pierwszy werdykt jest oczywisty - nie. Praca mnie pochłania, zajmuje więcej czasu niż standardowe 8 godzin. Wracam zmęczona, nieodporna na marudzenie Malutkiej, z głową wypełniona listą rzeczy, których nie dokończyłam.

W związku z czasową (wciąż trwającą:)) niedyspozycją mojego męża wciąż muszę prosić kogoś o pomoc - opiekunka przychodzi na 8 godzin, a ja w tym czasie nie wykonam czynności "dojazd do pracy-praca-powrót". A nie jest łatwo prosić, gdy wiesz, że wpływasz na czyjeś plany. Wysłuchiwanie, że "mam tyle i tyle do zrobienia, to i tamto do załatwienia, ale dobrze - przyjadę, jeśli potrzebujesz" nie jest łatwe. Jestem od lat przyzwyczajona do samodzielności i samowystarczalności i nie znoszę tego dobrze. Ale trzeba zagryźć zęby, wysłuchać i podziękować... W sytuacji, w której się znalazłam mocno podłamuje to wszystko moja psychikę.

Bardzo pomaga mi osoba, którą jeszcze przed urodzeniem Malutkiej typowałam jako kogoś, na kogo nie możemy liczyć, a mianowicie moja teściowa. Dwa, trzy razy w tygodniu przyjeżdża do nas popołudniu, aby zwolnić opiekunkę i zająć się Małą tak, abym zdążyła wrócić w miarę spokojnie z pracy. Radzi sobie całkiem nieźle. Ostatnio w rozmowie z moim Mężem stwierdziłam, że nawet jeżeli byłoby gorzej niż mówi i np. Maluch płakałby jej przez cały czas - trudno, ja tego nie słyszę i nie muszę sobie z tym radzić. Zabawienie jej w tym momencie to zmartwienie teściowej, a nie moje... Z czego wprost można dowodzić, że tan brak czułości i empatii świadczy o tym, iż jednak  jestem złą matką...

niedziela, 5 maja 2013

Spowolnienie

Długo nie pisałam - głównie dlatego, że wciąż kursuje między pracą a domem, bez chwili wytchnienia na cokolwiek innego. Mąż wyszedł ze szpitala już na 3 dzień operacji. Czuje się dobrze, rękę ma uwolnioną. Niestety nie oznacza to, że sprawną. Poza opatrunkiem i szwami na uwolnionej dłoni, których nie można uszkodzić (a nawet mocniej dotknąć) cała ręka po dwóch miesiącach unieruchomienia jest jak kończyna po złamaniu - słaba, "zastana", z częściowym zanikiem mięśni. Czyli takie czynności jak noszenie, przewijanie, przebieranie, karmienie itp. obarczone są dużym ryzykiem. A więc wciąż nie możemy wrócić do naszego normalnego trybu - rano M. zajmuję się Malutką, na 10 opiekunka, ja w pracy ze świadomością, że nie muszę punkt 15.30 zatrzaskwiać laptopa i pędzić do domu.

Podtrzymuję to, co pisałam w ostatnim poście, że idzie ku dobremu. Ale trochę wolniej niż myślałam na początku. W najbliższą środę M. ma zdjęcie pozostałych szwów - zobaczymy, co wówczas powiedzą lekarze i jakie będą dalsze zalecenia. Z drugiej strony nie powinnam narzekać - w końcu w naszej sytuacji szklanka jest raczej do połowy pełna niż pusta. Mamy zdrowe, grzeczne (w miarę:)) dziecko, zaplecze materialne (nieco na kredyt:)), oboje zarabiamy itp. Co prawda posty na tym blogu faktycznie powstają raczej w momentach dla mnie trudniejszych, aby "oddać" to, co mnie męczy. Uwierzcie, że nie jest łatwo pracować i "matkować" w tym samym czasie. Pewnie już po raz setny podkreślam, że chciałam wrócić do pracy i nie rozważam powrotu do domu. Pomiędzy tymi trudniejszymi momentami znajdują się takie małe "promyczki", które powodują, że świat wydaje się lepszy i piękniejszy. Jeden promyczek to nasza Malutka, która - jak każde dziecko - potrafi dać popalić (tak, że czasem chcę trzasnąć drzwiami i uciec gdzieś daleko albo ją wyrzucić przez okno), ale w ogólnym rozrachunku jest cudna:) A o chęci wyrzucenia przez okno będzie w kolejnych postach...

wtorek, 23 kwietnia 2013

Ku dobremu?

Hmmm... Nie chciałabym zapeszyć, ale wygląda na to, że powoli nasze sprawy zaczynają się prostować. Mój Mąż miał we wtorek operację i czuje się dobrze.

Nie obyło się jednak bez dodatkowego stresu. Do szpitala wiozłam mojego Męża z przekonaniem, że operacja to pewna sprawa. W końcu czekał na nią dwa miesiące - dwa miesiące unieruchomienia górnej połowy ciała, bez możliwości wzięcia na ręce i przytulenia Malutkiej (nie wspominając o przewinięciu, przebraniu itp.). Na oddziale okazało się, że dopiero sprawdzą, czy to już jest dobry moment. Rozumiem wskazania medyczne - że trzeba się upewnić, czy wszystko jest w porządku, bo za wcześnie przeprowadzony zabieg zniweczy również efekty pierwszej operacji (czyli opisane powyżej dwa miesiące pójdą na marne). Dlaczego jednak nikt w naszej służbie zdrowia nie rozmawia z pacjentem? Dlaczego nie poświęci 3 minut, aby wyjaśnić, co jest już zrobione, a co będzie dalej? Praktycznie przy każdej wizycie lekarskiej okazywało się, że to, o czym powiedziano nam poprzednio było tylko jedną z opcji. 

Na chwilę obecną nie ma sensu już tego roztrząsać. Skupiam się na trzymaniu kciuków, aby zabieg się udał. Dziś i jutro powinno się to rozstrzygnąć.

A ja jako niedobra żona nie odwiedzam mojego Męża w szpitalu. Co prawda tak się umówiliśmy - ja po pracy wracam do Małej i utrzymujemy jedynie kontakt telefoniczny. Nie bardzo sobie wyobrażam, aby nie widzieć Malutkiej przez cały dzień. Teraz - kiedy jest tak bardzo aktywna  w ciągu dnia - idzie spać godzinę wcześniej niż dotychczas (ostatnio ok. 19.30). Poznawanie świata jest bardzo wyczerpujące:) Poza tym Mała zrezygnowała z drugiej drzemki w ciągu dnia. Obawiam się jednak, że ta tęsknota jest jednostronna - to ja potrzebuję kontaktu z Malutką, ona w ciągu dnia za mną raczej nie tęskni. U takich dzieci sprawdza się zasada "co z oczu, to z serca". Gdy już jestem w domu nie odstępuje mnie na krok, jak mały szczeniaczek najchętniej byłaby caly czas przy moich nogach. Z drugiej strony to bardzo dobrze, bo świadomość, że moje dziecko rozpacza za mną - byłaby nie do zniesienia. Na razie wizja, że w domu czeka mały, śmieszny człowieczek jest bardzo mobilizująca, aby wykonać swoją pracę jak najszybciej i iść do tej istotki...

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Odkrywamy świat

W niedawno opublikowanym poście pisałam, że Malutka jest już mocno absorbująca: wstaje, ściąga rzeczy ze stolika itp. Nauczyła się również wstawać nie tylko przy meblach, ale także przy powierzchniach całkowicie płaskich (np. ściana) i zaczęła "chodzić" (czytaj: czołgać albo raczkować) do kuchni. I często robi to również wtedy, gdy mnie tam nie ma. Próby przywołania jej z powrotem do pokoju mają efekt odwrotny - gdy orientuje się, że chcę ją zniechęcić do wycieczki w kierunku kuchni, gwałtownie przyspiesza.

A kuchnia jest pomieszczeniem, gdzie obecnie identyfikuję kilka niebezpiecznych obszarów:

1) psia miska - zarówno ta z wodą (praktycznie zawsze pełna), jak i ta z psim jedzeniem (tutaj bywa różnie) stanowi wyjątkową atrakcję. Na chwilę obecną więszksze zainteresowanie wzbudza ta pełna wody. Suchej karmy jeszcze nie próbowała:) Ilekroć pojawia się przy misce z wodą, a ja mówię jej "no, no, no", osiągam efekt odwrotny do zamierzonego - mały paluszek wędruje w kierunku miski i cofa się nieznacznie, gdy słyszy mój głos.

2) piekarnik - z nie wiadomych powodów Małej bardzo podoba się ten sprzęt. Niebezpieczeństwo pojawia się, gdy akurat coś się w nim piecze. Szyba nie jest bardzo gorąca (sprawdzałam), ale nigdy nie wiadomo, kiedy się nagrzeje na tyle, aby zrobić Małej krzywdę. Dodatkową aktrakcję stanowi wyświetlacz i  przyciski, którymi ustawia się rózne opcej tego sprzetu.

3) posadzka - sama w sobie nie stanowi zagrożenia. Obawiam się momentu, gdy Mała uderzy w nią główką. Wstaje już praktycznie przy wszystkim, więc potencjalnie w kuchni też może się przewrócić, a ja nie zdąże jej złapać.

Rozważam, czy i w jakim zakresie powinnam ograniczać mojego małego odkrywcę:) Na razie mniej na tym odkrywaniu świata cierpi Malutka, bardziej - moje nerwy. Zastanawiam się, ile to jeszcze potrwa oraz jak długo będę przeżywać każdy upadek lub potknięcie. I kiedy to minie... Bardziej doświadczeni rodzice (tzn. posiadające więcej niż jedno dziecko) twierdzą, że przy drugim... :)

niedziela, 14 kwietnia 2013

Wreszcie słońce...

Wczorajsze przedpołudnie świetne mi zrobiło. Mnóstwo słońca, długi spacer z Mężem i Małą, po drodze kawa ze znajomymi i ... świadomość, że nic nie muszę... Udało mi się odgonić od siebie wszystkie myśli pt. ile sprawozdań finansowych jest jeszcze do przygotowania w pracy, że 22.04 M. idzie na drugą operację, jak sobie poradzimy, gdy Mąż będzie w szpitalu, a babcia wyjedzie... Na obiad byliśmy zaproszeni do moich rodziców, więc ominęło mnie także myślenie o tym, co zrobić na obiad. Malutka miała dobry humor (i wczoraj, i dziś), a jej śmiech działa na mnie jak lekarstwo - na wszystkie zmartwienia, troski i gorsze samopoczucie naprawdę wystarczy uśmiech dziecka. Brzmi pompatycznie? Myślę, że większość rodziców się ze mną zgodzi.

Prawda jest taka, że od myślenia w każdej wolnej chwili o tym, co jeszcze jest do zrobienia ilość sprawozdań finansowych do zrobienia się nie zmniejszy, a zagadnień, które muszę ogarnąć też nie ubędzie. A chwila zapomnienia o tym wszystkim dobrze robi. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak ważny jest taki restart. 

środa, 3 kwietnia 2013

!!!

Wczoraj mój Mąż był na konsultacji, która miała na celu ustalenie terminu drugiej operacji... Ta operacja powinna przynajmniej częściowo (jeśli  nie całkowicie) uwolnić rękę. Operacja została wyznaczona - ale dopiero na 22.04. :( Miesiąc temu, gdy M. trafił do szpitala mówiono nam, że kolejna operacja będzie 3, max. 4 tygodnie później. Jak się okazało teraz - będzie to trwać prawie 2 miesiące!!!

A babcia Męża, która teraz przyjeżdża rano i zajmuje się Małą do czasu przyjścia opiekunki, 19 kwietnia wyjeżdża do Niemiec - do brata mojego Męża, który z nikim nie konsultował tej kwestii, tylko zamówił babci bilety. Typowy dla niego egoizm - jego żona ma jakąś konferencję i babcia jest potrzebna do pomocy przy ich synku, który chodzi do żłobka. A dopóki nie poszedł dom żłobka praktycznie cały czas był z nimi ktoś z rodziny - naszej lub bratowej mojego Męża. I ja rozumiem, że oni potrzebują pomocy, bo są tam sami, bez rodziny itp. My sobie poradzimy, bo zawsze sobie radzimy nie oglądając się na innych (tyle, że my płacimy komuś za pomoc, a oni mają niestety szkocką mentalność). Ale miło byłoby chociaż się dać nam znać wcześniej, a nie stawiać przed faktem dokonanym. Niestety przyzwyczailiśmy nasze rodziny, że zawsze staramy się być samodzielni i niezależni, dawać sobie radę... I to się nam właśnie teraz na nas mści...


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wstaję i chodzę

Nadszedł czas, przed którym nas ostrzegali dzieciaci znajomi - Malutka jest mobilna "w pionie". Tzn. nauczyła się wstawać i poruszać przy meblach, a trwa to już mniej więcej od miesiąca. Oczywiście najpierw ledwo się wdrapywała i stała na chwiejnych nóżkach jak mały pijaczek. Teraz ledwo zdążę się odwrócić, aby np. odebrać telefon, a już stoi i chodzi wokół stolika przy kanapach. Wszystko co na nim leży ściąga na podłogę, kwitując to krótkim "dia!" (jej wersja naszego "bach!"). Czytałam, iż nie jest to z jej strony żadna złośliwość, że oczyszcza nam stolik i półki będące na jej poziomie, z jedynie fascynacja faktem, że coś można zrzucić. Tak maluchy poznają świat. A że rodzice mają na to inny pogląd i wolą, jak rzeczy są ułożone zamiast walać się po podłodze - no cóż... Na jakiś czas trzeba zmienić nawyki:-)

Rozwój malutkiej odbił się jednak na sposobie spędzania z nią czasu - a konkretnie tych kilku godzin, które mam dla niej po powrocie z pracy. Dotychczas bawiła się na podłodze, pełzała itp. Atrakcją dla niej było usadzenie w jej krzesełku i obserwacja, jak gotuję lub obserwacja innych domowych czynności z poziomu podłogi. Obecnie nudzi się w jednym miejscu, bez możliwości poruszania (czytaj: wstawania). Moment od mojego powrotu z pracy do chwili położenia jej spać to nieustanna kontrola, czy się nie przewraca (małe omsknięcie nie jest dramatem, gorzej jak upada i celuje główką w podłogę), nie ściąga sobie nic niebezpiecznego na głowę itd. Zabawki nie są już tak atrakcyjne niż kiedyś - fajniejsze jest wszystko, co "dorosłe". Większość prac domowych jestem zmuszona odłożyć na czas po położeniu Małej spać - a że sama jestem mocno śpiąca, bo wstaję bardzo rano, aby wcześnie być w pracy i wyrobić się z pracą, jest coraz trudniej... Nie żebym się nie cieszyła, że taki dzielny z niej odkrywca, ale czasme mogłaby posiedzieć chwilkę w jednym miejscu:)

czwartek, 28 marca 2013

Co za wieczór

Wczorajszy wieczór dał mi w kość - myślałam, że wybuchnę albo trzasnę drzwiami i ucieknę... Mała miała gorszy humor i wszelkie próby zostawienia jej bawiącej się z Mężem na podłodze i zamknięcie się w innym pokoju, żeby zająć się pracą (niestety, czekały na mnie 3 sprawozdania finansowe do sprawdzenia i uzgodnienia) kończyły się po maksimum 10 minutach. A w momencie, jak pojawiałam się jej w polu widzenia - nie było już mowy, żeby pozwoliła mi się znów ponownie oddalić. Trzeba było odwracać jej uwagę... Efekt był taki, że przed jej położeniem spać udało mi się zrobić 1/4 tego, co powinnam. 

Po odłożeniu Malutkiej nie było lżej - czekały sprawozdania finansowe, a poza tym ugotowanie zupy na drugi dzień i obiadku dla Małej, dwa prania, naszykowanie rzeczy dla siebie i dziecka na kolejny dzień. W chwili, gdy wyszłam z sypialni Małej stanęłam w kuchni i doszłam do wniosku, że nie wiem, w co ręce włożyć - najpierw praca czy gotowanie albo wieszanie prania, czy najpierw nastawić zupę czy pranie itp. Nawarczałam na Męża, który zorientował się, że nie jest dobrze (trudno było nie) i zaoferował, że powiesi pranie. Nawet nie sprawdzałam, jak mu się udało to jedną ręką - ważne, że mi pomógł. 

Nawet nie chcę myśleć o dzisiejszym wieczorze... Jutro Wielka Sobota i święconka, a do tej święconki też trzeba coś przygotować. Dodam tylko, że pisanek nie będzie - nie mam barwników, łupin cebuli i samozaparcia, aby się w to wszystko bawić. W przyszłym roku będzie lepiej - mam nadzieję...

Chce się wyrwać...

Mój mąż wrócił do pracy... Z jedną ręką unieruchomioną (prawą!) - ale w końcu redaktor/dziennikarz może "klikać" drugą, tą sprawną... Idzie mu to dużo wolniej, więc godna podziwu jest jego determinacja. Nie bierze bardzo długich dyżurów lub takich, które kończą się późnym wieczorem i nie ma możliwości powrotu do domu komunikacją miejską, nie pracuje codziennie. 

Ale sam fakt powrotu dobrze mu (nam) zrobił. Nabrał pewności, ma poczucie, że jednak w redakcji jego osoba się przydaje, ma wypełniony czas... Poza tym poczuł się na tyld dobrze, że może zająć się Małą. Oczywiście wciąż jej nie nakarmi, nie przewinie i sam nie włoży do wózka, ale popilnuje, gdy chodzi wokół mebli (tak! to już ten etap:-)) Dzięki temu w miarę spokojnie poszłam w poniedziałek wieczorem do fryzjera.

Niemniej jednak oboje jesteśmy już zmęczeni tą sytuacją. Niby poukładaliśmy to wszystko sobie i jest w miarę normalnie, ale to nie jest typowa  sytuacja. Ja nie wyjdę z domu na dłużej niż godzinę, a M. jest zmęczony unieruchomieniem..

We wtorek po Świętach  kolejna konsultacja w szpitalu... Mam nadzieję, że zapadną jakieś decyzje dotyczące terminu kolejnej operacji, bo chętnie wyrwałabym się na trochę dłużej z domu. Wyjście do pracy nie stanowi aż takiej aktrakcji, aby uznać je za "wyrwanie się gdzieś"... Choć myślę, że głównie dzięki temu, że pracuję nie wariuję i udało mi się podejść do całej sytuacji "na zimno"...

wtorek, 19 marca 2013

Nie jest łatwo..

Nie jest łatwo... Mój Mąż wciąż nie jest w pełni sprawny, a druga operacja, która powinna to zmienić będzie prawdopodobnie dopiero po świętach wielkanocnych. Moja siostra wyprowadziła się od nas, bo dostała pełno etatową pracę. Bardzo nam pomogła przez te dwa tygodnie, ale chyba troszkę ją to zajmowanie się Małą w pełnym wymiarze czasu przerosło. I ja to rozumiem... W końcu jej rola to bycie ciocią, która chce rozpieszczać raz na jakiś czas, a nie wychowywać na codzień. Przebywanie na obcym gruncie, w nieswoim domu, w poczuciu tymczasowości też pewnie nie pomaga... Także od niedzieli jesteśmy sami.

Z jednej strony to dobrze - pojawiło się poczucie jako takiej normalności. Malutka jest spokojniejsza, bo chyba czuła, że sytuacja jest niestandardowa. Z drugiej - pojawiła się konieczność logistycznego opanowania tej nowej sytuacji. Przed wypadkiem było tak, że ja szłam do pracy na mniej więcej 7 rano, a Mąż ogarniał Małą po jej pobudce do momentu przyjścia opiekunki i swojego wyjścia do pracy. Opiekunka przychodzi na 10 i jest do mojego powrotu z pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że teraz M. ma wyłączoną z funkcjonowania jedną rękę, nie może dźwigać itd. - nie poradzi sobie sam z Malutką, którą trzeba rano wyjąć z łóżeczka, nakarmić, przewinąć itd. Rozważaliśmy, czy nie dopłacić opiekunce za nadgodziny, żeby przychodziła wcześniej, ale uznaliśmy, że to jest jej praca i przebywanie z Małą kilkanaście godzin zamiast 8 może okazać się męczące i niekorzystnie odbić się na całej sytuacji.

Musieliśmy sobie poradzić inaczej. Na chwilę obecną udało nam się zaangażować do pomocy babcię Męża, która przyjeżdża na 6.30 do nas. Mijamy się w drzwiach - babcia wchodzi, a ja wychodzę do pracy. Do przyjścia opiekunki babcia pomaga Mężowi ogarnąć Małą. Na szczęście radzi sobie z nią bardzo dobrze, co nie jest łatwe, bo Mała wstaje przy wszystkich możliwcyh meblach i innych "podpórkach", które znajdzie... Harmonogram reszty dnia dzięki temu jest bez zmian, a ja mogę w miarę spokojnie pracować.

czwartek, 14 marca 2013

W szpitalu...

Jesteśmy w szpitalu, przyszliśmy punktualnie na 13.00 - zgodnie z ustaleniami. I co słyszymy? Proszę cierpliwie czekać. Nacisk na słowo CIERPLIWIE prawie wbił nas w podłogę. Siedzimy więc oboje bez sensu, klepiąc z nudów w komórki. Jak na złość żadnych służbowych wiadomości do załatwienia.
.
Właśnie LPR przytransportowało jakiegoś pacjenta, wygląda na bardzo poważny przypadek... Chyba nasza konsultacja się nie odbędzie. Czekamy dalej... Cierpliwie!

środa, 13 marca 2013

W oczekiwaniu

Dziś okaże się - mam nadzieję -kiedy mój M. będzie miał kolejną operację. Liczymy, że w miarę szybko; potem jeszcze rehabilitacja i wszystko powinno wrócić do jako takiej normy. W każdym razie trzymajcie kciuki...

Wypadek Męża uświadomił mi, jak wiele się zmienia, gdy pojawia się dziecko. Gdy się o nim dowiedziałam, uruchomił mi się w głowie - obok troski o Męża - dodatkowy proces myślowy "co z Maleńką?". Zanim dotarłam do szpitala organizowałam opiekę, listę posiłków, zmiany ubrań i przekazałam rytuały kąpielowe. Nie było paniki - był logiczny ciąg myślowy, a mój umysł pracował na dodatkowym "wiatraku", który nie dopuścił do przegrzania i studził zbędne emocje. Potem wciąż powtarzałam sobie, że wszystko się musi ułożyć, bo jest malutka i nie ma innej opcji.

Przy okazji - bardzo dziękuję wszystkim za słowa wsparcia, które do nas w tych gorszych chwilach docierały...

poniedziałek, 11 marca 2013

Bohaterka

Wracając do pytania, które zadałam na koniec poprzedniego wpisu i które jest przyczyną powstania tego bloga - wciąż brakuje mi odpowiedzi...

O jednym jestem jednak przekonana: mojej decyzji o powrocie do pracy nie żałuję. Owszem, jest mi bardzo ciężko czasami, narzekam, ale fakt, że wstaję o tej 5 rano codziennie, żeby jak najwcześniej dotrzeć do pracy i wyrobić się z obowiązkami, świadczy o tym, że na tej pracy mi zależy. Mogłabym przecież wziąć zwolnienie na opiekę nad mężem i nie pokazywać się przez 2 miesiące w biurze. Tylko czasem pojawia się ciche pytanie i majaczy gdzieś z tyłu głowy - po co? Chyba dla własnej ambicji i samorealizacji....

I tak na marginesie, ale wciąż w temacie moich rozważań. Zaskoczył mnie ostatnio serial "Prawo Agaty" emitowany przez TVN, w którym jedna z bohaterek z malutką córeczką na ręku tęskni za pracą w kancelarii... Nie widziałam scen zachwytu nad różową istotką w łóżeczku z falbankami, a tylko tęskne wzdychanie nad odnalezioną w koszu na pranie togą. Wszystkim paniom, które mają wątpliwości, czy dobrze robią wracając do pracy polecam - wreszcie jest bohaterka serialu, z którą mogłabym się identyfikować :)

środa, 6 marca 2013

W domu...

Mąż już w domu... Co prawda częściowo unieruchomiony i wymaga opieki równie intensywnej co Malutka, z jednym wyjątkiem - pokrojone i naszykowane sam zje.

Ja dotychczas funkcjonowałam wg rytmu: pobudka 5 rano, szybko do pracy, zrobić jak najwięcej, szpital, powrót do domu, pobyć z Maleńką, wykąpać ją, odłożyć, przygotować ubranie i jedzenie na kolejny dzień... Spać około 21.00 - żeby się trochę zregenerować przed następnym intensywnym dniem. Obecnie wypadły mi z harmonogramu dojazdy do szpitala, ale ... mam pacjenta w domu. Weekend nie jest już czasem odpoczynku, bo opieka nad dwójką domowników spoczywa na mnie cały czas. Pomaga mi bardzo moja siostra, ale mam poczucie, że marnuje jej czas, który - jako młodsza ode mnie o 5 lat - mogłaby spędzić nieco bardziej beztrosko niż jako "matka i ojciec na pół etatu". Trudno mi wykrzesać odrobinę energii, żeby zrobić coś dla siebie. Nadal padam o 21.00 - z wielką nadzieją, że następnego dnia będzie lepiej. W pracy jest teraz tzw. gorący okres, więc muszę sobie radzić nie tylko z domowymi kłopotami.

I jak wrócić do pracy i nie zwariować? Szukam wciąż odpowiedzi na to pytanie...

niedziela, 3 marca 2013

...

Przepraszam wszystkich, którzy śledzą niniejszy blog za brak postów... Mój mąż miał poważny wypadek. Więcej informacji wkrótce, gdy znajdę chwilę czasu pomiędzy dzieckiem, pracą a szpitalem...

wtorek, 26 lutego 2013

Związek kobiety pracującej

Było już o mnie i moich odczuciach, ale nie jestem niezależną jednostką - oprócz małej córeczki jest również "sprawca" czyli mój Mąż.

A jak wygląda życie małżeńskie w nowej sytuacji? Mój mąż jest cudownym człowiekiem, pełnym zrozumienia dla mnie i moich zmiennych nastrojów. Bynajmniej nie lukruję tutaj naszego życia - czasem mój partner potrzebuje dużo czasu, aby znaleźć wspomniane wyżej zrozumienie dla moich humorów, a ja w niektórych momentach myślę o nim w innych kategoriach niż "cudowny". Niemniej jednak patrząc na całokształt naszych relacji - uważam, że jesteśmy dobrą parą. I to nie dlatego, że się nigdy nie kłócimy i mamy zbieżne poglądy na każdy temat - bo zdarzają nam się mniej lub bardziej poważne sprzeczki oraz różnice zdań. Ale kluczem do dalszego funkcjonowania w związku jest to, że akceptujemy to, iż w pewnych kwestiach się różnimy i umiemy wypracować wspólne podejście - o ile to konieczne.

Mój powrót do pracy nie zmienił nic pod względem emocjonalnym w naszych relacjach. Trudniej nam za to wygospodarować fizycznie odrobinkę czasu, który moglibyśmy spędzić tylko we dwoje. Mój mąż pracuje w tzw. wolnym zawodzie - idzie na godz.11 na kolegium, ale potem kończy pracę najwcześniej o 19; zdarza się jednak, że wraca ok. północy. Ja wykonuję swoją pracę w biurze i obecnie - w gorącym okresie sprawozdań finansowych - wstaję o 5 rano, aby być w biurze o 6.30 i wyrobić się ze wszystkim (a i tak mam zaległości) do ok. 16.30 - tak, żeby wrócić spokojnie do domu i zastąpić opiekunkę. Mogłabym czasem wziąć home office, ale w pracy łatwiej mi się skupić, w domu zawsze znajdzie się coś, co oderwie mnie od pracy i obniży efektywność. Oczywiście nasz rozkład dnia ma również pozytywne strony - mąż budzi rano małą, karmi ją i spędza trochę czasu. O 10.00 przychodzi opiekunka, a mąż idzie do pracy.

Ale dla nas (tylko dla nas) miejsca w tym harmonogramie jest mało - zdarzają się dni, że nie rozmawiamy osobiście, a jedynie przez telefon. W tygodniu idę spać zaraz po Malutkiej, tj. ok. 21.00-21.30. W weekend jest niewiele lepiej... Oboje mamy poczucie, że mało nas w tym wszystkim... Mój mąż ma teorię, że jak nastanie wiosna będę mniej śpiąca, a słońce doda mi energii - oby...

piątek, 22 lutego 2013

Ręka albo noga...

Kolejny post z cyklu - "tata, a Marcin powiedział"... Tym razem zainspirowało mnie to, co powiedziała moja dobra koleżanka z pracy: mama jest jak ręka albo noga, po prostu się ją ma.

Zaczęło się od tego, że żaliłam się troszkę na to, jak Mała wita swojego tatę, gdy ten wraca do domu. Radosny pisk słyszą prawdopodobnie wszyscy sąsiedzi.  Mój powrót do domu po pierwsze najczęściej ma miejsce w porze, gdy Malutka ma popołudniową drzemkę, a po drugie - nie ma nigdy takiej entuzjastycznej reakcji. 

A serce matki troszkę boli... Rozum przyjmuje do wiadomości, że Mała wstając po swojej popołudniowej drzemce widzi mnie i nie rejestruje faktu, że nie było mnie 10 godzin. Jest mama - ok, taki jest porządek rzeczy. A tatę wita po powrocie do pracy praktycznie od urodzenia; do tego, że taty nie ma i należy się ucieszyć, że wrócił jest przyzwyczajona. To, że nie ma mnie to dla niej nowość. Z drugiej strony świetnie się w tej nowej dla niej sytuacji odnalazła, a ja powinnam się z tego cieszyć. I cieszę się, że Małej ten nowy rytm nie przeszkadza, że dobrze jej z opiekunką...

Ale przydałby się jeden malutki okrzyk radości na powitanie mamy, przynajmniej raz na jakiś czas... 

Jest też inne wytłumaczenie tych moich obserwacji - rośnie nam córeczka tatusia :) Czy wiecie coś o takim zjawisku?

środa, 20 lutego 2013

Dziecko dumne z mamy?

Ostatnio moja przyjaciółka powiedziała, że była dumna ze swojej pracującej mamy, bo mogła się pochwalić jej osiągnięciami. To mi przypomniało, że ja również byłam bardzo dumna z mojej mamy - że codziennie się ładnie ubiera, maluje, nosi buty na obcasie, jeździ własnym samochodem...

Ale ta duma pojawiła się, jak byłam w szkole podstawowej. Nigdy nie miałam poczucia krzywdy i niesprawiedliwości, że moje mama pracuje. Ale w przedszkolu trudniej było mi zrozumieć, dlaczego niektóre dzieci są odbierane około południa, przed leżakowaniem, a ja czekam do 15. I tego się obawiam - że moje Maleństwo nie będzie od początku rozumieć, iż moja realizacja służy nie tylko mi, ale również jej. Bo dzieci prędzej czy później opuszczą rodzinne gniazdo, a rodzicom musi zostać wtedy coś więcej niż tylko pustka. W sytuacji, gdy rodzic cały swój czas i energię poświęci dziecku zderzy się -  według mnie - w pewnym momencie z pustką. Z czasem dziecko będzie chciało mieć swój odrębny świat (a potem także odrębne życie), do którego rodziców będzie dopuszczać tylko w takim zakresie, w jakim samo na to pozwoli. Rodzic może dopiero wtedy zrozumieć, że poświęcił się dla kogoś, kto wbrew jego dotychczasowym przekonaniom wcale tego nie oczekiwał (bo trudno uznać, że kilkumiesięczne czy nawet kilkuletnie niesamodzielne jeszcze dzieciątko świadomie wymaga pełnej uwagi dorosłego). Ja jestem szczęśliwa, że moi rodzice mają swoją pracę, znajomych itd. - słowem: swoje życie i nie próbują ingerować w życie, które ja prowadzę z moim mężem, a teraz również z Malutką. Oczywiście są blisko, mogę z nimi w każdej chwili porozmawiać i spędzić czas, ponarzekać na męża czy pracę, wysłuchać ich narzekań, zdenerwować się, że mają trudny charakter albo marudzą - ale tylko w takim stopniu, na jaki obie strony pozwolą.

Zastanawiam się czasem, co by było gdyby moja mama nie pracowała. I obawiam się, że osaczyłaby mnie fizycznie i emocjonalnie w momencie, gdy wyprowadziłam się z domu i założyłam własną rodzinę. Lub popadła w depresję, że razem z tatą zostali sami.Moje spostrzeżenia są następujące - tak jak w każdej innej relacji również w relacji z dzieckiem trzeba zawalczyć o coś dla siebie. Tak, aby być interesującym dla drugiej strony. Tak, aby dziecko miało o czym z nami porozmawiać, gdy uniezależni się od nas. Miałam koleżankę, której mama nie pracowała i - o ile się nie mylę - nie pracuje. Koleżanka dostawała nowe, markowe ciuchy, a mama donaszała po niej to, co jej się już znudziło. Jej wyjścia w dużym stopniu ograniczały się do sklepu spożywczego, bazarku, towarzyszenia dzieciom w czasie wizyt u lekarza itp. Z jednej strony można pomyśleć - supermama, wszystko dla dziecka, odejmie sobie od ust dla potomka. Ale czy na pewno to dobra droga? Czy szara osóbka, bez makijażu, w ciuchach odpowiednich dla nastolatki (i przez nastolatkę znoszonych) to jest dobry cel? Na pewno nie mój. Mam nadzieję, że moja córeczka pojmie to w przyszłości, tak jak ja zrozumiałam, że najlepsze, co moi rodzice mogli zrobić to - poza  byciem rodzicami - pozwolić sobie na własne życie...

piątek, 15 lutego 2013

Kryzys coraz poważniejszy

Mój mały kryzys, który pojawił się w poniedziałek narasta... I nie chodzi tu o fakt, że jestem w pracy, ale o to, jak w tej pracy jest.

Najpierw kilka słów, o tym gdzie pracuję... Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów, bo celem tego bloga nie jest opisywanie mojego miejsca pracy, a jedynie emocji, które towarzyszą mi jako matce po powrocie do aktywności zawodowej. Wydaje mi się jednak, że muszę trochę naświetlić tło... A więc po kolei - w mojej firmie pracuję od 5 lat, praktycznie od początku na tzw. stanowisku kierowniczym. Trafiłam do niej w idealnym wg mnie momencie - firma się rozwijała i to dość szybko, a ja razem z nią. Oczywiście ten "skok rozwojowy" [sic!] okupiony został ciężką pracą (również w nadgodzinach) i chwilami poważnego zwątpienia. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że jestem trzy stanowiska wyżej niż byłam na początku, moje wynagrodzenie wzrosło dwukrotnie, a doświadczenia zawodowego zdobyłam tyle, ile zebrałabym w innej firmie przez około 10 lat - myślę, że było warto.

Teraz jest jednak nieco inaczej. Chciałabym się dalej rozwijać, co wiąże się z dalszą intensywną pracą, ale gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl, że mam malutką córeczkę, która czeka na mnie w domu. I albo poświecę czas na projekt w pracy albo pobędę z Małą. Widzę ją około 3-4 godzin dziennie, bo gdy ja wychodzę do pracy to ona jeszcze śpi. A do tego dochodzi zmęczenie, bo wstaję coraz wcześniej, żeby wyrobić się z pracą. Co jakiś czas pojawia się pytanie - czy warto?

Mój szef namówił mnie na powrót trochę wcześniej niż planowałam, bo powierzył mi tworzenie nowego działu. Początki zawsze są trudne, ale tutaj dochodzi jeszcze jeden aspekt - dział od razu dostał mnóstwo roboty, bo jest okres sporządzania sprawozdań finansowych. Niestety moja praca jest uzależniona od danych, które dostarczą mi inni. I tutaj zaczynają się problemy związane z jakością i terminowością tych danych, niestosowaniem się do wewnętrznych procedur itd. Na chwilę obecną traktuję to jako walkę z wiatrakami... Stąd właśnie pytanie, czy warto?


Czy na pewno warto tak intensywnie realizować się zawodowo? Przecież Maleńka tak szybko rośnie, czy czegoś nie przegapię? Czy droga, którą wybrałam jest dobra? Nie znam niestety odpowiedzi na to pytanie...

środa, 13 lutego 2013

Mama... !!!

Tak!

Mała powiedziała słowo "mama". Od tygodnia mniej więcej woła "tata" w różnych wydaniach - krótkie "tatatata", rozciągnięte "taaataaa" itd. A w niedzielę zaskoczyła mnie pierwszym "ma-ma". Doszło do tego również - nieco bardziej niezgrabne i mniej wyraźne - "baba" i "dada".

Oczywiście maleńka zupełnie nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia tych słów - służą jej wymiennie do określania otaczającej rzeczywistości i wyrażania emocji. Np. krzyczy "tata" za uciekającym przed nią psem (na marginesie - nasza biedna psinka jest niesamowicie cierpliwa, ale odkąd Maleńka jest mobilna ma bardzo ciężkie życie), powtarza "mamama" bawiąc się zabawkami itd. Ale i tak powoduje to wielką radość rodziców. Ciekawa jestem, jak szybko zacznie kojarzyć, że te słowa oznaczają dwie najbliższe osoby w jej otoczeniu... Jakie są Wasze doświadczenia?

poniedziałek, 11 lutego 2013

Pierwszy kryzys...

Dziś nastąpił pierwszy kryzys... Niezbyt poważny, ale jednak... Wzorem innych mam w mojej firmie, ale również z własnego wyboru ustawiłam sobie jako tapetę na pulpicie zdjęcie malutkiej. Pracuję na laptopie, ale mam podłączony również zwykły monitor - mam więc aktywne dwa ekrany. Zwykle jest tak, że zarówno na jednym jak i na drugim mam coś wyświetlone. Zdarza się jednak, że chwilowo korzystam tylko z jednego. Tak też było dzisiaj. Gdzieś w połowie dnia zapisałam excela, na którym pracowałam i ... spojrzałam prosto w oczy mojej uśmiechniętej córeczki... Nagle pojawiło się pytanie - co ja tutaj właściwie robię? I zachciało mi się płakać:(

Z drugiej strony codziennie rano wychodzę do pracy w miarę chętnie - oczywiście na tyle, na ile rano da się chętnie wychodzić:) Co prawda wymykam się sprawnie i szybko, aby nie obudzić malutkiej. Udaje mi się również w pracy nie myśleć o dziecku, tylko skupić się na zadaniach. W przeciwną stronę funkcjonuje to nieco gorzej. Trudno jest odpędzić myśli o pracy już po powrocie do domu. Wynika to głównie z faktu, że mam świadomość, ile tej pracy jest. Ale staram się poprawić. Czas po pracy do odłożenia do łóżeczka jest czasem dla maleńkiej. Owszem szykuję się w tym czasie do pracy - pakuję w pudełko lunch i inne przekąski, żeby rano tylko wyjąć je z lodówki i wrzucić do torby, planuję śniadanie, układam ubrania na następny dzień. We wszystkich tych czynnościach towarzyszy mi jednak córcia - dla niej widok mamy grzebiącej w szafie lub wchodzącej do garderoby jest niesamowitą atrakcją:) Jeszcze większą atrakcją jest wczołganie się (jeszcze nie raczkuje) do tej garderoby za mamą.

Jedno jest pewne - ten kryzys był mocno tymczasowy, dałam się chwilowo ponieść emocjom. Cały czas uważam, że decyzja o powrocie do pracy była słuszna. Oby tak dalej...

czwartek, 7 lutego 2013

Męski punkt widzenia

Wczorajszy komentarz Pitera dotyczący mojego posta pt. Nie jest dobrze... zainspirował mnie do tego, aby odpowiedzią podzielić się ze wszystkimi. Piter - jeszcze raz dziękuje za Twoją wypowiedź:)

Poniżej kilka przemyśleń:

Przede wszystkim nie uważam tego komentarza za męski punkt widzenia. Powiedziałabym raczej, że to rozsądne stanowisko. Ja też uważam, że wyjście do ludzi (czy to do pracy, czy na zajęcia z języka obcego, kurs filcowania lub naukę salsy...) powoduje, że odrywamy się od naszego małego świata jakim jest domowa codzienność i łapiemy dystans do tego, co mamy w domu. Stajemy się bardziej interesujący dla siebie, dla partnera itd., bo mamy nowe wrażenia i bodźce, którymi możemy się podzielić. Nie będę ukrywać, że dla mnie priorytetem był powrót do pracy i żadne wyjścia na siłownię, masaż, rower i spotkania ze znajomymi nie były w stanie zapełnić tej przestrzeni w mojej głowie, która odpowiada za samorealizację.

A że łatwo jako matki wpadamy w poczucie winy (a przynajmniej spora część z nas), które z jednej strony funduje nam biologia, z drugiej dość często otoczenie? Nie wiem, jakie procesy chemiczne zachodzą w mózgu kobiety, która urodziła dziecko, ale instynkt macierzyński okazuje się być wyjątkowo silnym i nie zawsze racjonalnym odczuciem. Walka z nim w obszarze racjonalności jest bardzo ciężka - przynajmniej w moim przypadku. Mimo że uważam.się za kobietę rozsądną, dojrzałą, skupioną nie tylko na dziecku, ale też na realizacji własnych celów, to jak widać na przykładzie wczorajszego posta ulegam różnym czarnym myślom.

Może ktoś z Was spytać, po co upubliczniam te moje przemyślenia, jeżeli mam świadomość, że są one na swój sposób pozbawione sensu? Po pierwsze dlatego, że "wyrzucenie" ich z głowy powoduje, że je oswajam i stają się mniej "przerażające". Jeszcze raz podreślę, że wyznaję zasadę, iż problem wyartykułowany przestaje być problemem (a na pewno traci na znaczeniu). Po drugie - mam nadzieję, że tego bloga czytają i będą czytać matki, które wracają lub planują wrócić do aktywności zawodowej, a wtedy świadomość, że inne, nawet najbardziej rozsądne i mądre kobiety też miały ten problem bardzo pomaga

Jeśli chodzi o otoczenie, to faktycznie z tym bywa różnie. Decyzję o powrocie do pracy przeżyłam bardzo i to nie dlatego, że nie chciałam, ale dlatego, że byłam bardzo zdeterminowana. Niestety w najbliższym otoczeniu (innych rodziców) nie miałam nikogo, kto by taką decyzje podjął, a większość znajomych jest jeszcze w domu z dziećmi sporo starszymi niż moja córeczka. Na szczęście znalazły się osoby bezdzietne w momencie, gdy podejmowałam tę decyzję, które wsparły mnie będąc w dalekiej Tajlandii. Moja opinia nt. niepracujących kobiet i mężczyzn jest również podobna do zdania Pitera. Z domu wyniosłam przekonanie, że powinno się pracować, aby być człowiekiem spełnionym i niezależnym. W mojej rodzinie wszystkie kobiety są aktywne zawodowo lub były - to dotyczy pokolenia babć. Stąd też pewnie moja chęć realizacji zawodowej:-) Trzymam kciuki za inne mamy:-)

środa, 6 lutego 2013

Nie jest dobrze...

Nie jest dobrze, malutka jest chora. Przez pierwszych 8 miesięcy życia miała jeden raz delikatny katarek, a jak wróciłam do pracy to zaczął się silny katar, a do tego doszedł kaszel. W niedzielę myślałam, że całe to przeziębienie "rozejdzie się po kościach". Niestety:( Wczoraj lekarz przepisał nam różne kropelki i syropy, ale na razie tylko katarek mniejszy, a kaszel gorszy:( Męczy ją w nocy:( Jak po 3 dniach nie będzie lepiej, wracamy do lekarza.

Zastanawia mnie, czy to na pewno przypadek. A może jednak ta nagła choroba ma jakiś zwiazek z tym, że wróciłam do pracy? Może maleńka podświadomie zareagowała na tę nową dla niej sytuację... Staram się nie analizować tego w tych kategoriach, żeby nie popaść w poczucie winy, bo obawiam się, że wtedy wpadnę w błędne koło:
  • wróciłam do pracy i zostawiłam dziecko z opiekunką czyli jestem złą matką,
  • wróciłam do pracy i mała się rozchorowała czyli jestem złą matką,
  • pracuję i zostawiam chore dziecko czyli jestem złą matką,
  • chcę chodzić do pracy czyli jestem złą matką,
  • może "przyniosłam" jakiś wirus z pracy do domu i zaraziłam maleńką czyli jestem złą matką...
Myślę, że mogłabym tak długo wymieniać. Postawię tutaj wyraźne STOP, ale...

Czy kiedykolwiek pozbędę się tego poczucia bezwględnej odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje z moim dzieckiem?

Czy kobietom udaje się znaleźć spokój i oddzielić zewnętrzne czynniki, które mają wpływ na nasze dzieci od poszukiwania przyczyn w sobie?

Zachęcam Was do dzielenia się swoimi przemyślaniami i doświadczeniami. Czekam na komentarze:)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Nie lubię poniedziałku

Nie lubię poniedziałku, chyba jak większość z nas. Co prawda w pracy dzień jak co dzień, ale poniedziałek to perspektywa całych 5 dni roboczych do weekendu:(

A miniony weekend nam się udał:) Uwierzyłam w teorię skoków rozwojowych, w przypadku których zgodnie z różnymi publikacjami nabycie nowych umiejętności przez dziecko jest poprzedzone krótszym lub dłuższym okresem marudzenia i niepokoju, a następnie te nowe umiejętności pojawiają się nagle (rodzice mają wrażenie, że dziecko nauczyło się ich w jedną noc). I właśnie u nas tak było. Kilka ostatnich dni malutka była właśnie nieco rozmarudzona, szczególnie popołudniami. Nawet było mi przykro, że popołudnia czyli czas, kiedy jestem z małą w domu po pracy są nie najlepsze. Przyznaję - zazdrościłam naszej opiekunce, że ona trafia na lepszy humor. Zastanawiałam się, na ile wyrodną matką jestem, bo żałuję, że po powrocie z pracy zamiast uśmiechniętego bobaska zastaję rozdartego potworka. Po mniej więcej tygodniu marudzenia mała wstała wczoraj w doskonałym nastroju, a następnie zaprezentowała nam "kosi-kosi łapci" oraz powiedziała "tata", "dada" itp. Jeśli chodzi o mówienie, to na razie "klepie" bez zrozumienia, np. "tata" mówi do swojej stopy leżąc na przewijaku:) Doszłam do wniosku, że dla takich chwil warto wstać w niedzielę przed godziną 8 rano.

Niestety wieczór był gorszy - malutka złapała katarek, który zatyka jej nosek. Zanim zidentyfikowaliśmy w stuprocentach problem i udało nam się coś zaradzić, obudziła się dzisiejszej nocy trzykrotnie pomiędzy północą a drugą w nocy:( Była umęczona, a my przy niej też. Pożegnam więc już wszystkich życząc dobrej nocy. Idę odespać, oby się udało. Jutro pobudka 6.00:(


piątek, 1 lutego 2013

Wrażenia

Już po ... Faktycznie było jak pierwszego dnia w nowej pracy, bo musiałam wymóc na informatykach zainstalowanie niezbędnego oprogramowania i niestety trochę trwało zanim ustawili wszystko tak, żebym mogła faktycznie pracować. Dodatkowo nasz główny system miał dziś zły dzień i co jakiś czas zawieszał się i wyrzucał nas z sieci. Kilkakrotne zaczynanie tej samej czynności nie wpływa dobrze na motywacje do pracy...

Jeśli chodzi o matczyne uczucia, to było zaskakująco dobrze. Nie płakałam, nie sprawdzałam nerwowo godziny w celu ustalenia, czy już czas na śniadanie, spacer, obiad itp. Skupiłam się tym, co mam do wykonania i uznałam, że skoro ani opiekunka ani mąż nie dzwonią to wszystko w porządku. Ale po wyjściu z firmy im bliżej domu, tym bardziej przyspieszałam krok. A jak wróciłam, okazało się, że malutka ma drzemkę:( Po przebudzeniu okazało się, że nieszczególnie jest stęskniona - a nie było mnie 9 godzin i wyszłam przed 8.00 czyli jeszcze przed jej pobudką. Zachowywała się tak, jakby w ogóle nie zauważyła, że mnie nie ma. Lekkie ukłucie w sercu z tego powodu jest :( Z drugiej strony prawdopodobnie faktycznie nie odczuła mojej długotrwałej nieobecności, bo u takich maluszków poczucie czasu jest odmienne od tego, jakie mają dorośli. I znów mała rozterka - cieszę się, że jest w dobrym humorze pod moją nieobecność, ale chciałabym, aby choć troszkę za mną zatęskniła. Niektórzy pomyślą: "idiotka"... Trudno, każda idiotka ma prawo do własnych odczuć.

Przed nami weekend czyli przez 2 dni 2 doby z maleńką. Chyba jakaś część mnie - mimo, że wcześniej się od tego próbowałam uwolnić - tęskni za mamusiową codziennością, wyłącznością na dziecko od porannej kaszki rano do wieczornej kąpieli... Kto mi wyjaśni te sprzeczności ...?

czwartek, 31 stycznia 2013

To już jutro ...

Dziś krótko, bo jednak dopadł mnie stres i niepokój.

Jutro pierwszy dzień w firmie po 8-miesięcznym pobycie z malutką w domu. Zostawiam kaszki, zupki, grzechotki i inne zabawki oraz wszystko to, co przez ostatni czas było moją codziennością. Najbardziej będzie mi brakować spacerów, bo ten punkt dnia lubiłam najbardziej. Odkąd mała urodziła się (na wiosnę) do późnej jesieni chodziłam na trzygodzinne wędrówki z wózkiem, a mała przesypiała cały spacer. Teraz już nie śpi tak dużo w ciągu dnia i jest na tyle ruchliwa i zainteresowana, że po godzinnej drzemce w zależności od dnia wytrzymuje w wózku do godziny po przebudzeniu, a później zaczyna się wiercić. Na szczęście już niedługo będzie mogła z wózka wyjść:) Dzięki spacerom szybko wróciłam do formy i wagi sprzed ciąży, mimo że karmiłam mm. I tu przy okazji obalam kolejny mit, że tylko karmienie piersią gwarantuje szybki powrót do formy i figury.

To tyle dygresji... Ubranie na jutro przygotowane (trochę łatwiej, bo jutro casual friday), torba z laptopem spakowana, śniadanie i lunch do pracy zaplanowane. Czuję się tak, jakbym szła do zupełnie nowej pracy.

Trzymajcie kciuki!

PS. Idę do sąsiadki na - cytuję - "relaksujący napój z gumijagód", obym jutro wstała:)

wtorek, 29 stycznia 2013

O przygotowaniach i ... butelce

Dziś pierwszy raz, kiedy na cały dzień przyszła opiekunka do malutkiej. Na szczęście to osoba sprawdzona, która zostawała już z małą. Uwielbia ją, bo maleńka jest bardzo pogodnym dzieckiem, nie boi się ludzi i nie przytula się nerwowo do mamy na widok obcych.


Wg teorii niektórych, to dlatego, że bardzo krótko karmiłam ją piersią (2 tygodnie, różne okoliczności na tę decyzję wpłynęły) i nie mamy ze sobą więzi [sic!]. Niestety teorię tę obala fakt, że ja jestem dzieckiem wychowanym na matczynej piersi, a moi rodzice do tej pory wspominają, że od początku "byłam cygan i z każdym bym poszła" :-) Niemniej jednak butelka to kolejna cegiełka do tego, aby naznaczyć mnie w niektórych kręgach jako wyrodną matkę... Każda z nas ma wybór i może, ale nie musi karmić piersią. Zdarzają się też przypadki, że zmusza nas do tego sytuacja. Według mnie nie tutaj tzw. złego rozwiązania. Każde rozwiązanie jest dobre, bo - jak już raz pisałam - szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Ktoś z moich znajomych, komu "nie wyszło" karmienie piersią nazwał to, co zaczyna się już na oddziałach położniczych i dzieje się dalej przy każdej wizycie u pediatry, spotkaniu z osobami popierającymi karmienie piersią jako jedyne i słuszne itd. "histerią laktacyjną". Bardzo łatwo dać sobie wpoić poczucie winy i poddać się potępiającym spojrzeniom. Należy uszanować KAŻDĄ decyzję, jaką podejmie kobieta. Dlatego cenię takie inicjatywy, jak społeczność Butelkowej Mamy na Facebook'u, która wspiera mamy karmiące swoje maleństwa z butelki. Zachęcam do zapoznania się z Butelkową Mamą wszystkich zainteresowanych. Przekonanie, że nie jest się osamotnionym w swoich wyborach jest bardzo ważne.


Wracając do kwestii opiekunki - nie dziwię się, że maleńka tak świetnie reaguje na opiekunkę, jeżeli czuje, że ona ma do niej tyle ciepłych uczuć, jak do własnej wnuczki. Dzieci są jak barometr - doskonale odpowiadają na nastroje. A mała czuje, że ktoś podchodzi do niej z sercem na dłoni... I czasem to niestety wykorzystuje, bo bardzo często "wskakuje" opiekunce na ręce. A więc doszło mi kolejne zmartwienie - czy pod moją nieobecność malutka nie zostanie ponad normę rozpieszczona... Jak widać każde rozwiązanie niesie za sobą jakieś zagadnienia... Koleżanki zazdroszczą mi sprawdzonej osoby, a ja się martwię, że będzie dla małej za dobra... :-) Ehhh...

niedziela, 27 stycznia 2013

Co może pomóc?

Zastanawiałam się, co może pomóc w przejściu przez ten trudny dla matki czas, jakim jest powrót do pełnoetatowej aktywności zawodowej. Myślę, że bardzo ważne jest wsparcie innych mam - oczywiście chodzi o takie, które taki czas mają już za sobą. Warto porozmawiać z takimi kobietami. Od razu podkreślę, że dużo łatwiej nie będzie, nie znikną skumulowane wątpliwości i nie pojawi się stuprocentowe przekonanie, że postępuję słusznie. Ale świadomość, że nie jestem jedyną na świecie matką (w domyśle: wyrodną), która postanowiła zostawić dziecko pod opieką kogoś innego i wrócić do realizacji swoich ambicji pomaga. W końcu: szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko. Szczęśliwa czyli zrealizowana, bez negatywnej świadomości, że poświęciła się dziecku, odłożyła swoje cele na rzecz małej istoty. Oczywiście ktoś może pomyśleć, że nie można przeginać i przedkładać swoich osobistych ambicji nad dobro dziecka. Ale czy sfrustrowana matka to dobra matka? Na szczęście nie doszłam do etapu frustracji - jednak nigdy nie potępię kobiety, która wróci do pracy właśnie dlatego, że chce się wyzbyć takiego uczucia. Pamiętajmy, że to co jest dobre dla nas, jest dobre naszych dzieci.

W pracy mam dwie koleżanki, które są na tyle bliskie, że mogę przedyskutować z nimi swoje wątpliwości. Obie wróciły do pracy, gdy ich dzieci miały 8-10 miesięcy. Żadna z nich nie powiedziała, że będzie dobrze; każda z nich pokreśliła, że będzie trudno. I że przepłaczę pierwszy tydzień, myśląc bezustannie o małej. I że trzeba to przeżyć, że tego pierwszego etapu się nie ominie. Że nie ma złotej porady, która pomoże uporać się z tym wszystkim. Jednocześnie powiedziały, że z czasem wszystko się ułoży i da się "ogarnąć". Stokroć bardziej cenię sobie taką szczerość niż sztuczny uśmiech i przekonywanie, że wszystkie role da się pogodzić i być w nie zaangażowaną na 200%. Za kilka dni dam znać, jak to wygląda w praktyce...

piątek, 25 stycznia 2013

Obawy matki powracającej

Czego obawia się wracająca do pracy kobieta po pobycie z dzieckiem w domu? Myśli jest tyle, że trudno je uporządkować...

Boję się, że:
- nie odnajdę się w pracy, bo podczas mojej nieobecności wiele się zmieniło;
- osoby, z którymi miałam fajny kontakt i dobrze się dogadywałam zapomniały o moim istnieniu i nie będę miała nikogo bliskiego po powrocie;
- wszystko, co udało mi się wypracować przed urodzeniem dziecka jako podstawę do awansu zostanie zapomniane i będę musiała zaczynać na nowo z czystą kartą;
- podjęłam niewłaściwą decyzją dotyczącą powrotu do firmy, w której pracowałam przed porodem, bo może łatwiej byłoby mi zacząć gdzie indziej od nowa;
- te osoby, które awansowały w czasie mojej nieobecności będą na mnie patrzeć "z góry";
- nie będę tak zaangażowana w pracę jakbym chciała i oczekiwała tego od swoich pracowników, bo, jak ostatnio mi ktoś powiedział, zmieniło mi się podejście z powodu bycia mamą;
- będę spędzać z dzieckiem za mało czasu, a ono powie "mama" do opiekunki zamiast do mnie;
- pierwsze kroczki moje dziecko postawi przy opiekunce i ominę wszystkie nowe umiejętności maleństwa;
- moje życie ograniczy się siłą rzeczy do pracy i domu, bo po pracy każdą wolną chwilę będę chciała spędzić z dzieckiem;
- albo nie będę odpowiednim towarzystwem dla mojego dziecka po pracy, bo zmęczenie weźmie górę nad uczuciami rodzicielskimi;
- dziecko będzie budzić się rano przed moim wyjściem do pracy i płakać, a ja nie poradzę sobie psychicznie z tą sytuacją (jak każda mama nie najlepiej reaguję na płacz mojego dziecka);
- ucierpi moja relacja z mężem, bo praca - dziecko - dom wypełnią te jedyne 24 h, które ma doba;
- ...

I mogłabym tak co kilka minut coś dopisywać do powyższej listy, bo w takiej mniej więcej częstotliwości dopadają mnie różne wątpliwości. Jak widać obszary, których dotyczą obawy też są różne.

Mam wielką nadzieję, że jednak "strach ma wielkie oczy" i wszystko się po moim powrocie do pracy poukłada. Za tydzień o tej porze będę po pierwszym dniu w pracy...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Skąd ten pomysł?

Na początku nie wyjaśniłam istotnej kwestii: skąd pomysł na blog? A dokładnie - skąd pomysł na publikowanie moich przemyśleń związanych z powrotem do pracy?

Po pierwsze: wyznaję zasadę, że problem wypowiedziany (w tym przypadku opublikowany) przestaje być problemem, a na pewno maleje jego ranga. Czyli opisanie tego na blogu to niebezpośrednia forma wygadania się.

Po drugie: szukając porad związanych z powrotem do pracy w internecie znalazłam dużo konkretnych porad takich jak - z kim zostawić dziecko, jakie są prawa matki wracającej do pracy itp. Niewiele jest bardziej osobistych tekstów, które pozwalają się kobiecie wracającej do pracy  zidentyfikować z ich autorem.

Po trzecie: niewiele mam koleżanek, które wróciły już do pracy po urodzeniu dziecka i nie mam przed kim wylać moich wątpliwości, obaw, stresów.

Pomyślałam, że spiszę wszystkie moje przemyślenia, co pozwoli je oswoić i - być może - pomoże innym mamom przejść przez ten okres.

czwartek, 17 stycznia 2013

Wracam do pracy...

Jestem mamą i kobietą aktywną zawodowo. Równo za 2 tygodnie, 1 lutego 2013, wracam do pracy. Wracam po urlopie macierzyńskim i kilkunastu dodatkowych tygodniach, które udało mi się zyskać dzięki zaległemu urlopowi wypoczynkowemu. Łącznie 8 miesięcy.

Skąd decyzja o powrocie właśnie teraz? Powodów jest kilka. Pierwszy (chociaż nie główny) to finanse. Jak x par w naszym kraju mamy kredyt na mieszkanie i nie możemy sobie pozwolić na to, aby zrezygnować z  mojego wynagrodzenia na pewien czas. Kolejny powód to moje ambicje - tak, przyznaję publicznie, że chciałam wrócić do aktywności zawodowej, bo po pewnym okresie tzw. siedzenia z dzieckiem w domu czułam, że to na dłuższą metę nie dla mnie. Byłam bardzo zdeterminowana, aby wrócić - i oczywiście - jestem nadal.

Niestety właśnie dogania mnie "matczyna" rzeczywistość. Pojawiły się wątpliwości: czy dobrze robię, czy to nie za wcześnie, czy mała da sobie radę beze mnie, czy nie przedkładam osobistych ambicji ponad dobro dziecka. Nie pomagają materiały, które aktualnie pojawiają się w tv w kontekście wydłużenia przez rząd urlopów macierzyńskich, że pierwszy rok życia dziecka jest najważniejszy i obecności matki w tym okresie nie da się zastąpić.

Jak to się wszystko ułoży? Okaże się za 2 tygodnie.