niedziela, 5 maja 2013

Spowolnienie

Długo nie pisałam - głównie dlatego, że wciąż kursuje między pracą a domem, bez chwili wytchnienia na cokolwiek innego. Mąż wyszedł ze szpitala już na 3 dzień operacji. Czuje się dobrze, rękę ma uwolnioną. Niestety nie oznacza to, że sprawną. Poza opatrunkiem i szwami na uwolnionej dłoni, których nie można uszkodzić (a nawet mocniej dotknąć) cała ręka po dwóch miesiącach unieruchomienia jest jak kończyna po złamaniu - słaba, "zastana", z częściowym zanikiem mięśni. Czyli takie czynności jak noszenie, przewijanie, przebieranie, karmienie itp. obarczone są dużym ryzykiem. A więc wciąż nie możemy wrócić do naszego normalnego trybu - rano M. zajmuję się Malutką, na 10 opiekunka, ja w pracy ze świadomością, że nie muszę punkt 15.30 zatrzaskwiać laptopa i pędzić do domu.

Podtrzymuję to, co pisałam w ostatnim poście, że idzie ku dobremu. Ale trochę wolniej niż myślałam na początku. W najbliższą środę M. ma zdjęcie pozostałych szwów - zobaczymy, co wówczas powiedzą lekarze i jakie będą dalsze zalecenia. Z drugiej strony nie powinnam narzekać - w końcu w naszej sytuacji szklanka jest raczej do połowy pełna niż pusta. Mamy zdrowe, grzeczne (w miarę:)) dziecko, zaplecze materialne (nieco na kredyt:)), oboje zarabiamy itp. Co prawda posty na tym blogu faktycznie powstają raczej w momentach dla mnie trudniejszych, aby "oddać" to, co mnie męczy. Uwierzcie, że nie jest łatwo pracować i "matkować" w tym samym czasie. Pewnie już po raz setny podkreślam, że chciałam wrócić do pracy i nie rozważam powrotu do domu. Pomiędzy tymi trudniejszymi momentami znajdują się takie małe "promyczki", które powodują, że świat wydaje się lepszy i piękniejszy. Jeden promyczek to nasza Malutka, która - jak każde dziecko - potrafi dać popalić (tak, że czasem chcę trzasnąć drzwiami i uciec gdzieś daleko albo ją wyrzucić przez okno), ale w ogólnym rozrachunku jest cudna:) A o chęci wyrzucenia przez okno będzie w kolejnych postach...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz