czwartek, 28 marca 2013

Chce się wyrwać...

Mój mąż wrócił do pracy... Z jedną ręką unieruchomioną (prawą!) - ale w końcu redaktor/dziennikarz może "klikać" drugą, tą sprawną... Idzie mu to dużo wolniej, więc godna podziwu jest jego determinacja. Nie bierze bardzo długich dyżurów lub takich, które kończą się późnym wieczorem i nie ma możliwości powrotu do domu komunikacją miejską, nie pracuje codziennie. 

Ale sam fakt powrotu dobrze mu (nam) zrobił. Nabrał pewności, ma poczucie, że jednak w redakcji jego osoba się przydaje, ma wypełniony czas... Poza tym poczuł się na tyld dobrze, że może zająć się Małą. Oczywiście wciąż jej nie nakarmi, nie przewinie i sam nie włoży do wózka, ale popilnuje, gdy chodzi wokół mebli (tak! to już ten etap:-)) Dzięki temu w miarę spokojnie poszłam w poniedziałek wieczorem do fryzjera.

Niemniej jednak oboje jesteśmy już zmęczeni tą sytuacją. Niby poukładaliśmy to wszystko sobie i jest w miarę normalnie, ale to nie jest typowa  sytuacja. Ja nie wyjdę z domu na dłużej niż godzinę, a M. jest zmęczony unieruchomieniem..

We wtorek po Świętach  kolejna konsultacja w szpitalu... Mam nadzieję, że zapadną jakieś decyzje dotyczące terminu kolejnej operacji, bo chętnie wyrwałabym się na trochę dłużej z domu. Wyjście do pracy nie stanowi aż takiej aktrakcji, aby uznać je za "wyrwanie się gdzieś"... Choć myślę, że głównie dzięki temu, że pracuję nie wariuję i udało mi się podejść do całej sytuacji "na zimno"...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz