środa, 6 marca 2013

W domu...

Mąż już w domu... Co prawda częściowo unieruchomiony i wymaga opieki równie intensywnej co Malutka, z jednym wyjątkiem - pokrojone i naszykowane sam zje.

Ja dotychczas funkcjonowałam wg rytmu: pobudka 5 rano, szybko do pracy, zrobić jak najwięcej, szpital, powrót do domu, pobyć z Maleńką, wykąpać ją, odłożyć, przygotować ubranie i jedzenie na kolejny dzień... Spać około 21.00 - żeby się trochę zregenerować przed następnym intensywnym dniem. Obecnie wypadły mi z harmonogramu dojazdy do szpitala, ale ... mam pacjenta w domu. Weekend nie jest już czasem odpoczynku, bo opieka nad dwójką domowników spoczywa na mnie cały czas. Pomaga mi bardzo moja siostra, ale mam poczucie, że marnuje jej czas, który - jako młodsza ode mnie o 5 lat - mogłaby spędzić nieco bardziej beztrosko niż jako "matka i ojciec na pół etatu". Trudno mi wykrzesać odrobinę energii, żeby zrobić coś dla siebie. Nadal padam o 21.00 - z wielką nadzieją, że następnego dnia będzie lepiej. W pracy jest teraz tzw. gorący okres, więc muszę sobie radzić nie tylko z domowymi kłopotami.

I jak wrócić do pracy i nie zwariować? Szukam wciąż odpowiedzi na to pytanie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz