Nie lubię poniedziałku, chyba jak większość z nas. Co prawda w pracy dzień jak co dzień, ale poniedziałek to perspektywa całych 5 dni roboczych do weekendu:(
A miniony weekend nam się udał:) Uwierzyłam w teorię skoków rozwojowych, w przypadku których zgodnie z różnymi publikacjami nabycie nowych umiejętności przez dziecko jest poprzedzone krótszym lub dłuższym okresem marudzenia i niepokoju, a następnie te nowe umiejętności pojawiają się nagle (rodzice mają wrażenie, że dziecko nauczyło się ich w jedną noc). I właśnie u nas tak było. Kilka ostatnich dni malutka była właśnie nieco rozmarudzona, szczególnie popołudniami. Nawet było mi przykro, że popołudnia czyli czas, kiedy jestem z małą w domu po pracy są nie najlepsze. Przyznaję - zazdrościłam naszej opiekunce, że ona trafia na lepszy humor. Zastanawiałam się, na ile wyrodną matką jestem, bo żałuję, że po powrocie z pracy zamiast uśmiechniętego bobaska zastaję rozdartego potworka. Po mniej więcej tygodniu marudzenia mała wstała wczoraj w doskonałym nastroju, a następnie zaprezentowała nam "kosi-kosi łapci" oraz powiedziała "tata", "dada" itp. Jeśli chodzi o mówienie, to na razie "klepie" bez zrozumienia, np. "tata" mówi do swojej stopy leżąc na przewijaku:) Doszłam do wniosku, że dla takich chwil warto wstać w niedzielę przed godziną 8 rano.
Niestety wieczór był gorszy - malutka złapała katarek, który zatyka jej nosek. Zanim zidentyfikowaliśmy w stuprocentach problem i udało nam się coś zaradzić, obudziła się dzisiejszej nocy trzykrotnie pomiędzy północą a drugą w nocy:( Była umęczona, a my przy niej też. Pożegnam więc już wszystkich życząc dobrej nocy. Idę odespać, oby się udało. Jutro pobudka 6.00:(
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz