Kolejny post z cyklu - "tata, a Marcin powiedział"... Tym razem zainspirowało mnie to, co powiedziała moja dobra koleżanka z pracy: mama jest jak ręka albo noga, po prostu się ją ma.
Zaczęło się od tego, że żaliłam się troszkę na to, jak Mała wita swojego tatę, gdy ten wraca do domu. Radosny pisk słyszą prawdopodobnie wszyscy sąsiedzi. Mój powrót do domu po pierwsze najczęściej ma miejsce w porze, gdy Malutka ma popołudniową drzemkę, a po drugie - nie ma nigdy takiej entuzjastycznej reakcji.
A serce matki troszkę boli... Rozum przyjmuje do wiadomości, że Mała wstając po swojej popołudniowej drzemce widzi mnie i nie rejestruje faktu, że nie było mnie 10 godzin. Jest mama - ok, taki jest porządek rzeczy. A tatę wita po powrocie do pracy praktycznie od urodzenia; do tego, że taty nie ma i należy się ucieszyć, że wrócił jest przyzwyczajona. To, że nie ma mnie to dla niej nowość. Z drugiej strony świetnie się w tej nowej dla niej sytuacji odnalazła, a ja powinnam się z tego cieszyć. I cieszę się, że Małej ten nowy rytm nie przeszkadza, że dobrze jej z opiekunką...
Ale przydałby się jeden malutki okrzyk radości na powitanie mamy, przynajmniej raz na jakiś czas...
Jest też inne wytłumaczenie tych moich obserwacji - rośnie nam córeczka tatusia :) Czy wiecie coś o takim zjawisku?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz