poniedziałek, 11 lutego 2013

Pierwszy kryzys...

Dziś nastąpił pierwszy kryzys... Niezbyt poważny, ale jednak... Wzorem innych mam w mojej firmie, ale również z własnego wyboru ustawiłam sobie jako tapetę na pulpicie zdjęcie malutkiej. Pracuję na laptopie, ale mam podłączony również zwykły monitor - mam więc aktywne dwa ekrany. Zwykle jest tak, że zarówno na jednym jak i na drugim mam coś wyświetlone. Zdarza się jednak, że chwilowo korzystam tylko z jednego. Tak też było dzisiaj. Gdzieś w połowie dnia zapisałam excela, na którym pracowałam i ... spojrzałam prosto w oczy mojej uśmiechniętej córeczki... Nagle pojawiło się pytanie - co ja tutaj właściwie robię? I zachciało mi się płakać:(

Z drugiej strony codziennie rano wychodzę do pracy w miarę chętnie - oczywiście na tyle, na ile rano da się chętnie wychodzić:) Co prawda wymykam się sprawnie i szybko, aby nie obudzić malutkiej. Udaje mi się również w pracy nie myśleć o dziecku, tylko skupić się na zadaniach. W przeciwną stronę funkcjonuje to nieco gorzej. Trudno jest odpędzić myśli o pracy już po powrocie do domu. Wynika to głównie z faktu, że mam świadomość, ile tej pracy jest. Ale staram się poprawić. Czas po pracy do odłożenia do łóżeczka jest czasem dla maleńkiej. Owszem szykuję się w tym czasie do pracy - pakuję w pudełko lunch i inne przekąski, żeby rano tylko wyjąć je z lodówki i wrzucić do torby, planuję śniadanie, układam ubrania na następny dzień. We wszystkich tych czynnościach towarzyszy mi jednak córcia - dla niej widok mamy grzebiącej w szafie lub wchodzącej do garderoby jest niesamowitą atrakcją:) Jeszcze większą atrakcją jest wczołganie się (jeszcze nie raczkuje) do tej garderoby za mamą.

Jedno jest pewne - ten kryzys był mocno tymczasowy, dałam się chwilowo ponieść emocjom. Cały czas uważam, że decyzja o powrocie do pracy była słuszna. Oby tak dalej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz